Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Protokół Coimbry - artykuły
#1
Witam

W tym wątku będę wklejał artykuły które bezpośrednio lub pośrednio wiążą się z tzw. "Protokołem dr. Coimbry"

jeśli ktoś będzie miał ochotę własnoręcznie dodać jakiś artykuł to proszę się nie krępować.

Artykuły będę wklejał w całości (a nie same linki) żeby w razie zniknięcia zródła pozostała treść. O to samo proszę inne osoby (jeśli będą chciały)



tym wątku będę w miare możliwosci czasowych wklejał relacje chorych ze świata leczonych protokołem Coimbry lub podobnymi metodami (aktualizowane co jakiś czas).
Odpowiedz
#2
Dział z leczeniem alternatywnym byłby lepszy, ale to już moderatorki zadecydują. Uśmiech
Odpowiedz
#3
Witam serdecznie musze niestety wstawic link bo artykul sie nie chce zmiescic!
Poczytajcie prosze jest to bardzo interesujace!!!

http://reporter.pl/stwardnienie-rozsiane...mbry-a7997
Odpowiedz
#4
Dariusz Majgier

Stwardnienie Rozsiane: Leczenie stwardnienia rozsianego witaminą D3 w wysokiej dawce - Protokół Coimbry


Rozwój stwardnienia rozsianego można zahamować przyjmując witaminę D3 w bardzo dużych dawkach. Skuteczność tej metody sięga aż 95 proc. bijąc na głowę wszystkie inne sposoby razem wzięte.

Muszę się podzielić tą informacją, ponieważ sam choruję na stwardnienie rozsiane i wiem, jak mało informacji o skutecznych i sprawdzonych sposobach leczenia trafia do pacjentów. Wielu chorych myśli, że może modyfikować chorobę tylko drogimi interferonami, choć mało kto zdaje sobie sprawę, że ich skuteczność jest niewielka, a skutki uboczne przyjmowania interferonów mogą być gorsze niż samo stwardnienie rozsiane...

Neurolog doktor Cicero Galli Coimbra z Brazylii opracował metodę leczenia stwardnienia rozsianego witaminą D3 w dawkach dziennych wynoszących od 40.000 do ponad 100.000 IU (International Unit lub j.m. - jednostek międzynarodowych).

Przyjmując codziennie tak duże dawki witaminy D3 można powstrzymać chorobę po kilku lub najdalej po kilkunastu miesiącach. U wielu pacjentów następuje przy okazji znaczna poprawa stanu zdrowia, naprawa zmian w mózgu, a nawet całkowite przywrócenie funkcji niesprawnych do tej pory części ciała. Oznacza to, że niektórzy mogą wstać z wózka i prowadzić normalne życie. Nieźle, prawda?:-)

W dodatku protokół Coimbry działa na wszystkie rodzaje stwardnienia rozsianego:

- postać remitująco-nawracającą (relapsing-remitting)


- postać wtórnie postępującą (secondary progressive)


- postać pierwotnie postępującą (primary progressive)


- postać postępująco-nawracającą (progressive relapsing)

Jak duże dawki witaminy D3 należy przyjmować aby wyleczyć stwardnienie rozsiane?

O tym, że witamina D3 łagodzi przebieg stwardnienia rozsianego (m.in. zmniejsza liczbę rzutów i osłabia ich siłę oraz poprawia stan chorego) wiadomo od dawna na podstawie różnych badań (wiele z nich można znaleźć w serwisie PubMed). Nie były to jednak badania prowadzone na dużą skalę, nie trwały długo, a dawki witaminy D3 nie przekraczały 50.000 IU dziennie.

Doktor Coimbra również zaczynał leczenie od dawek rzędu 10.000 IU dziennie, ale po latach obserwacji uznał, że to zaledwie dawka fizjologiczna, czyli niezbędna ilość witaminy zapobiegająca objawom niedoboru u ludzi zdrowych. Tyle witaminy przyjmujemy latem przebywając 20-30 minut na słońcu w koszulce i krótkich spodenkach.

Znaczną poprawę stanu pacjentów udało mu się osiągnąć dopiero, gdy dzienna dawka witaminy D3 wyniosła ok. 1.000 IU na 1 kilogram wagi ciała.

Czyli teoretycznie osoba ważąca 80 kg powinna przyjmować 80.000 IU witaminy D3 dziennie. To bardzo duża dawka! Ok. 100 razy większa niż dzienna dawka (600-800 IU) zalecana przez różne instytucje (np. Instytut Żywności i Żywienia czy amerykański National Institutes of Health).

Oczywiście przyjmowanie tak dużych dawek witaminy D3 musi odbywać się pod nadzorem lekarza. To lekarz na podstawie wywiadu oraz badań krwi i moczu musi ustalić prawidłowe dawkowanie, a w razie potrzeby skorygować suplementację. Dawki mogą być większe lub mniejsze w zależności od wieku, wagi, stanu zdrowia, przyjmowanych leków.

Trzeba też stosować odpowiednią dietę, która wyklucza produkty o dużej zawartości wapnia (m.in. nabiał) w celu ochrony nerek i żył przed odkładaniem się w nich tego pierwiastka. Niekontrolowane, duże stężenie witaminy D3 podwyższa poziom wapnia we krwi co może prowadzić do hiperkalcemii.

Niezbędne jest również wypijanie 2.5 litra wody dziennie aby zwiększyć wydalanie wapnia (to nie musi być czysta woda, liczą się też inne płyny, np. herbaty, zupy). Bardzo istotne są codzienne ćwiczenia oraz zdrowe odżywianie (pizza z colą z pewnością nie pomoże).

Z witaminą D3 zwykle zaleca się przyjmowanie osłonowo witaminy K2 MK7, która ma za zadanie skierować wapń do kości zamiast odkładać go w tkankach miękkich (żyły, serce, nerki). Coimbra początkowo również zalecał branie witaminy K2, ale doszedł do wniosku, że nie ma ona tak dużego znaczenia, jak codzienne ćwiczenia, które stymulują tarczycę (jej funkcjonowanie ma wpływ m.in. na gospodarkę wapniowo-fosforanową) i przy okazji tworzą nowe komórki nerwowe w mózgu.

Przy wysokich dawkach witaminy D3 należy badać m.in. z krwi: poziom 25(OH)D, parathormon PTH, wapń całkowity, wapń zjonizowany, mocznik, fosfor, kreatyninę, a z moczu: stężenie wapnia w dobowej zbiórce moczu i fosforany.

W sieci dostępne są obszerne materiały wideo, w których doktor Cicero Coimbra wyjaśnia, jak działa jego metoda. Filmy są w języku portugalskim z angielskimi napisami (włącz napisy ikonką w ustawieniach filmu).

https://youtu.be/hOfO29rL-gI

https://youtu.be/soKM6z1cdiM

Jeszcze nagranie z relacjami wyleczonych pacjentów:

https://youtu.be/erAgu1XcY-U

Leczenie stwardnienia rozsianego metodą doktora Coimbry - zalety i wady

Największą zaletą jest prostota i wysoka skuteczność leczenia każdego rodzaju stwardnienia rozsianego. Witamina D3 jest powszechnie dostępna bez recepty i tania, a samo leczenie nie jest kłopotliwe. Wydaje się, że przy należytej staranności i pod opieką doświadczonego lekarza nie wywołuje żadnych skutków ubocznych, a nawet może pomóc na inne dolegliwości. Witamina D3 ma bardzo rozległe zastosowania, a doktor Coimbra leczy nią również inne choroby autoimmunologiczne, jak łuszczyca, reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń, bielactwo.

Wadą jest zbyt krótki czas stosowania tej metody. Jeszcze nie wiadomo czy pojawią się skutki uboczne po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach stałego przyjmowania witaminy D3 w tak dużych dawkach. Pozostaje też problem z trafieniem na kompetentnego lekarza, który prawidłowo przeprowadzi leczenie.

Protokół Coimbry to najlepszy sposób leczenia stwardnienia rozsianego, jaki poznałem. Ale nie jedyny:-) Dlatego nie traktuj stwardnienia rozsianego, jak wyroku i nie popadaj w depresję. Jest całkiem sporo innych możliwości poprawy stanu zdrowia, o których postaram się napisać szerzej.

Moje doświadczenia w leczeniu witaminą D3 opisuję w osobnym artykule

źródło:

http://reporter.pl/stwardnienie-rozsiane...mbry-a7997



Dariusz Majgier

Stwardnienie Rozsiane: Witamina D3 w leczeniu mojego stwardnienia rozsianego


Witamina D3 w bardzo dużych dawkach skutecznie leczy stwardnienie rozsiane. Śledząc wyniki badań zdecydowałem się przyjmować ją w ilości znacznie przekraczającej oficjalne zalecenia lekarzy...

W osobnym artykule (powyżej) opisałem sposób leczenia stwardnienia rozsianego bardzo wysokimi dawkami witaminy D3, które stosuje doktor Cicero Coimbra z Brazylii. Efekty są rewelacyjne, a skuteczność sięga aż 95 proc.

Jednak zanim poznałem Protokół Coimbry wielokrotnie trafiałem na wyniki innych badań potwierdzających, że witamina D3 poprawia stan pacjentów chorych na SM.

Z wielu badań wynikało, że wysoki poziom 25(OH)D w organizmie (wskaźnik stężenia witaminy D) nie tylko łagodzi przebieg choroby (m.in. zmniejsza liczbę rzutów, osłabia ich siłę, regeneruje uszkodzenia w mózgu), ale istotnie poprawia ogólny stan zdrowia.

Większość osób w naszej szerokości geograficznej ma bardzo niski poziom 25(OH)D we krwi (przeciętnie ok. 20 ng/ml), podczas gdy poziom zalecany dla zdrowej osoby to ok. 50 ng/ml. Dojście do takiego poziomu bez suplementacji jest raczej niemożliwe nawet w miesiącach letnich, gdy słońce zapewnia wyższy poziom witaminy D w organizmie.

Oczywiste dla mnie było, że muszę zacząć przyjmować witaminę D3, choćby profilaktycznie. U mnie liczył się czas, więc nie mogły to być oficjalnie zalecane dawki rzędu 600-800 IU dziennie. Nawet stosowanie dawek rzędu 2000 IU lub 4000 IU dziennie trwałoby zbyt długo, aby osiągnąć poziom przynajmniej 50 ng/ml.

Z różnych badań wynikało (potwierdziły to też badania Coimbry), że dawki rzędu 10.000 IU dziennie nie są toksyczne i nie powinny szkodzić w przypadku osoby ogólnie zdrowej.

Ponieważ moi lekarze nie mieli doświadczenia z witaminą D3, postanowiłem samodzielnie rozpocząć suplementację. Jednak zdecydowanie zalecam konsultację z lekarzem (i chętnie poznam nazwisko takiego specjalisty)!

Oczywiście sama suplementacja witaminy D3 to nie wszystko. Istotna jest również zdrowa dieta, która dostarcza ważnych składników odżywczych, witamin i minerałów (to temat na osobny artykuł).

Wyniki badania poziomu 25(OH)D we krwi

Na SM choruję od 2011 roku (pierwszy rzut), ale oficjalną diagnozę otrzymałem dopiero pod koniec 2015 roku i wtedy postanowiłem coś z tym fantem zrobić...

2016 styczeń - początek suplementacji

Nie mierzyłem u siebie początkowego poziomu 25(OH)D. Z pewnością był niski, więc badanie i tak nie miało większego sensu. Postanowiłem zacząć suplementację od dawek 12.000 IU witaminy D3 dziennie aby w miarę szybko dotrzeć do poziomu ok. 50 ng/ml 25(OH)D.

2016 maj - 5 miesiąc

Po 5 miesiącach przyjmowania witaminy D3 w dawce 12.000 IU dziennie osiągnąłem we krwi poziom 68 ng/ml 25(OH)D. Dawka dla mnie okazała się nietoksyczna, więc zdecydowałem się podnieść ją do 16.000 IU dziennie, a po 2 miesiącach zwiększyłem dawkę do 20.000 IU dziennie.

2016 wrzesień - 9 miesiąc

Osiągnąłem poziom 130 ng/ml 25(OH)D. Czyli według norm laboratorium przekroczyłem dopuszczalny, bezpieczny zakres wynoszący 100 ng/ml. Co ciekawe, zadzwoniła do mnie laborantka aby poinformować o tym fakcie i upewnić się, że wszystko ze mną ok. Pewnie na palcach jednej ręki mogłaby policzyć takich klientów, jak ja:-)

Oczywiście jestem świadomy zagrożeń wynikających z przekroczenia zakresu i dlatego monitoruję więcej parametrów niż tylko 25(OH)D. Pozostałe wyniki badań mam idealne, więc nie planuję zmieniać dawkowania i nadal biorę 20.000 IU witaminy D3 dziennie.

2017 luty - 14 miesiąc

Wciąż 133 ng/ml 25(OH)D. Pozostałe wyniki badań mam idealne, więc nic nie zmieniam i wciąż biorę 20.000 IU witaminy D3 dziennie. Czuję się znacznie lepiej niż rok temu pod każdym względem.

2018 lipiec - 31 miesiąc

Dawno nie pisałem, ale nic się nie działo. O przepraszam! Działo się! Przecież nie miałem rzutu od 2 lat i 7 miesięcy. To aktualny rekord!

Mam 151 ng/ml 25(OH)D. Nieco więcej niż ostatnio, chociaż wciąż biorę 20.000 IU witaminy D3 dziennie. Zażywam jednak witaminę innego producenta, więc może to jedna z przyczyn wzrostu. Nadal czuję się świetnie, wszystkie inne wyniki mam super. Od dwóch lat nie złapałem nawet przeziębienia, więc moje pomysły na dietę i suplementację wydają się świetnie działać.

2019 lipiec - 43 miesiąc

Nic się nie zmieniło. Jest dokładnie, jak rok wcześniej, czyli super:-) Spadł mi nieco poziom D3 ponieważ ostatnio nie brałem witamin codziennie, ale wyniki mam idealne, czuję się bardzo dobrze i nic mi nie dolega.

Kolejne badanie poziomu 25(OH)D zrobię pewnie za rok i opublikuję je tutaj.

Jaki poziom 25(OH)D we krwi jest optymalny?

Według normy laboratorium, w którym badam krew, górny, bezpieczny poziom 25(OH)D to 100 ng/ml. Wyższe stężenia uważane są za toksyczne i potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia.

W różnych źródłach opisujących stosowanie witaminy D3 w stwardnieniu rozsianym zalecane są zakresy raczej zbliżone do górnej granicy normy (70-100 ng/ml). Właśnie taki zakres uzyskałem stosując 12.000 IU witaminy D3 dziennie.

W przypadku Protokołu Coimbry, czyli przy bardzo dużych dawkach witaminy D3, górna granica normy przekroczona jest nawet wielokrotnie! Co nie powinno dziwić, skoro dawki zaczynają się od 40.000 IU witaminy D3 dziennie...

Jak zażywać witaminę D?

Przez pierwsze miesiące witaminę D3 brałem w dwóch porcjach (rano i wieczorem), a obecnie całą dzienną dawkę biorę raz dziennie (rano po śniadaniu).

Z witaminą D3 przyjmuję osłonowo witaminę K2 MK7 (200 mcg dziennie), która ma za zadanie skierować wapń do kości zamiast odkładać go w tkankach miękkich (chroniąc m.in. serce, żyły, nerki).

Przy dużych dawkach witaminy D3 należy ograniczyć przyjmowanie pokarmów bogatych w wapń (m.in. sery, mleko, orzechy) ponieważ witamina D3 zwiększa jego wchłanianie, co może prowadzić m.in. do powstania kamieni w nerkach. Ważne jest też spożywanie dużej ilości płynów (m.in. wody, zup, soków).

Czy Witamina D3 pomaga w leczeniu mojego SM?

To dobre pytanie, ale odpowiedź nie jest łatwa. Choroba jest nieprzewidywalna, więc nie mam punktów odniesienia, aby precyzyjnie porównać mój stan. Poprawa może być spowodowana moimi działaniami lub samoistna. Istotny wpływ może mieć witamina D3 albo inne czynniki (np. dieta lub inne suplementy). Poprawa może też wynikać z połączenia wszystkich moich działań.

Rzuty miewałem dotąd co 2 lata, więc trochę potrwa zanim będę mógł stwierdzić, czy zatrzymałem lub opóźniłem kolejny rzut (równie dobrze jesienny rzut mógł być ostatni w życiu bez względu na leczenie). Ocena zmian w rezonansie magnetycznym też nie jest miarodajna, ponieważ objawy nie są dokładnie skorelowane ze zmianami w mózgu lub rdzeniu.

Pewną wskazówką może być lekkie pogorszenie mojego stanu gdy obniżyłem dawkę witaminy D3 (miałem więcej mrowień i bardziej się męczyłem). Dawkę zmniejszyłem na lato, ponieważ zakładałem, że sporo witaminy D3 pozyskam ze słońca. Gdy po kilkunastu dniach wróciłem do wyższej dawki znowu poczułem się lepiej. To mogłoby sugerować związek wysokiego poziomu witaminy D3 z poprawą.

Obecnie czuję się świetnie. Nic mi nie dolega. Biegam na długie dystanse i generalnie nie przejmuję się zbytnio chorobą. Mój optymizm wynika głównie z setek godzin spędzonych na analizach różnych sposobów leczenia stwardnienia rozsianego.

Nie muszę więc na razie przyjmować bardzo dużych dawek witaminy D3, a w razie kolejnych rzutów i pogorszenia stanu mam w odwodzie wspomniany Protokół Coimbry (i kilka innych sposobów, ale to temat na osobny artykuł).

Badanie poziomu 25(OH)D nie jest refundowane przez NFZ i trzeba za nie zapłacić ok. 60-80 zł. Można je zrobić w większości punktów pobrania krwi (najwygodniej podczas innych badań, nie trzeba się dodatkowo kłuć). Jest też badanie poziomu 1,25(OH)2D, ale ono jest mniej istotne.

Jeszcze raz zalecam konsultację z lekarzem zanim podejmiesz samodzielną suplementację. Poczytaj o witaminie D3 aby zrozumieć jej działanie i wpływ na zdrowie. Warto też śledzić badania publikowane w serwisie PubMed.

żródło:

http://reporter.pl/stwardnienie-rozsiane...nego-a7998




Leczenie SM wysokimi dawkami witaminy D

Poniżej prezentujemy skróty prezentacji doktora Cicero Coimbry dla członków House of Chamber w Brasilii, dotyczącej leczenia stwardnienia rozsianego wysokimi dawkami witaminy D, z sierpnia 2013 roku.

Moje doświadczenie dotyczy głownie wysokich dawek witaminy D, w leczeniu stwardnienia rozsianego: mniej więcej w 2002 roku zaczęliśmy przepisywać 10.000 IU witaminy D dziennie pacjentom  z SM na podstawie danych już wtedy dostępnych w literaturze medycznej, pokazujących, że witamina D jest immunoregulatorem regulującym system odpornościowy, a nie tłumiącym go. Stymulującym system autoimmunologiczny i skutecznie pomagającym mu zwalczać infekcje, oraz hamującym niewłaściwe reakcje autoimmunologiczne. Witamina D jest teoretycznie idealnym komponentem lub substancją farmaceutyczną, jako że oferuje siłę hormonu, który zwalcza choroby zakaźne. Nie tłumimy nią układu obronnego; przeciwnie, zwiększamy potencjał normalnych reakcji obronnych.Zaczęliśmy leczenie dawkami 10.000 IU witaminy D dziennie i zaobserwowaliśmy poprawę u naszych pacjentów. Przy 10.000 IU  choroba nie wchodziła w remisję. Nawroty stawały się rzadsze, ale choroba pozostawała wciąż aktywna. Za kazdym razem gdy nasi pacjenci doświadczali emocjonalnego stresu, pojawiało się ryzyko, że pociągnie on za sobą nowy rzut. Lata mijały, a my monitorowaliśmy pacjentów. Zaobserwowaliśmy, że w miarę jak zwiększaliśmy dawki, nasi pacjenci doświadczali więcej pozytywnych efektów. Jakieś 2-3 lata temu, mogliśmy określić idealną dawkę, która mogła stłumić chorobliwą aktywność układu autoimmunologicznego. Wynosi ona ok 1.000 IU na kg wagi ciała. To średnia dawka dla pacjentów, ponieważ w rzeczywistości stosuje się indywidualną kalkulację dawki, odpowiednio do stanu każdego pacjenta. Aby przeciwdziałać efektom ubocznym, które mogą pojawić się przy tak wysokich dawkach, wykluczyliśmy z diety produkty bogate w wapń; przede wszystkim mleko i jego pochodne, oraz wzbogacone wapniem produkty takie jak mleko owsiane, ryżowe, sojowe. Gdy takie środki ostrożności zostają podjęte, to w połączeniu z wysokim nawodnieniem organizmu, wysokie dawki witaminy D mogą być uważane za całkiem bezpieczne. Prosimy naszych pacjentów o minimalne dzienne spożycie  płynów na poziomie co najmniej 2,5 litra ((woda, soki, napoje, herbata, zupy…). Wszystko razem musi dawać co najmniej 2,5 litra dziennie, ponieważ wtedy staje się możliwa diureza 2 litrów, która utrzymuje wapń w stanie rozpuszczonym i eliminuje go poprzez mocz. Gdy w ten sposób wapń pozostanie rozpuszczony (unikając koncentracji wapnia) , możemy przeciwdziałać budzącej strach przed zatruciem witaminą D – nefrokalcynozie. Dawki witaminy D (i jej poziom we krwi) były stopniowo podwyższane przez lata. Był kiedyś czas, kiedy nie stosowaliśmy żadnej szczególnej diety i obserwowaliśmy, że poziomy wapnia były powyżej normalnego zakresu, utrzymywaliśmy więc poziom witaminy D, ale prosiliśmy naszych pacjentów, by wyeliminowali nabiał i inne produkty bogate w wapń. Gdy tak zrobili, zauważyliśmy redukcję poziomu wapnia w urynie do poziomów nawet niższych, niż przed terapią witaminą D. Bazując na tym, mogliśmy podwyższać dawki witaminy D do – jak już wspomniałem – dziennej dawki średnio 1.000 IU na kg masy ciała. 

Tyle cytowana relacja. Jeżeli wspomniany doktor stosował dawki 1.000 IU na kg masy ciała, to bez żadnych obaw można brać 10.000 IU dziennie. Przyjmowanie witaminy D od lat zaleca znana wielu nam dr Joanna Woyciechowska.


Pod rozwagę zamieszczamy jeszcze końcówkę relacji z doktorem:

od 2002 roku – kiedy zaczynaliśmy – do dzisiaj, leczyliśmy blisko 1130 pacjentów, a 705 z nich było leczonych wysokimi dawkami witaminy D. Odkąd zaczęliśmy leczyć pacjentów dawkami 10.000 IU, rezultaty po prostu są fantastyczne; mamy ogromną satysfakcję, że zwróciliśmy im życie. Ci pacjenci nie mają już rzutów choroby, ani zmian w obrazach rezonansu magnetycznego. Nie obawiają się, że staną się ślepi lub sparaliżowani, bądź staną się niepełnosprawni. Mogą patrzeć w przyszłość i widzą tam normalne życie. Jedyna rzecz, której jeszcze nie wiemy to ta, jak długo trzeba utrzymywać wysokie dawki witaminy D . To pytanie wciąż wymaga odpowiedzi.

źródło:

http://smkielce.pl/leczenie-sm-wysokimi-...itaminy-d/



Ten artykuł nie traktuje bezpośrednio do protokołu Coimbry ale wklejam go ponieważ mówi o podobnej metodzie nad którą pracował dr. Klenner w latach 50-tych.

10 najpotężniejszych protokołów witaminowych – cz. 4: stwardnienie rozsiane  (dr Frederick R. Klenner)

Czytelnicy śledzący witrynę Akademii Witalności znają już postać doktora Freda Klennera. To ten niesamowity lekarz z Reidsville w Północnej Karolinie (USA), który w 1948 r., chcąc ratować życie pacjentom z objawami polio przybyłym do jego szpitala podczas epidemii, podawał im megadawki witaminy C i… bingo!

Sześćdziesięciu pacjentów po 72 godzinach wypuścił do domu całkowicie wolnych od polio. O czym był uprzejmy zaraportować rok później do swoich kolegów lekarzy na dorocznym zjeździe Zrzeszenia Lekarzy Amerykańskich, jak również publikując swoje obserwacje w prasie medycznej i… na tym się skończyło: nikt politycznie niepoprawnej rękawicy rzuconej przez „buntownika” z Reidsville nie podniósł (nie opłacało się najwidoczniej!). Kilka lat wcześniej bowiem ogromne środki zostały już przeznaczone na opracowanie szczepionki na polio i laury należne „zbawcy ludzkości” wraz z należnym mu kawałkiem tortu miał zebrać kto inny.

To odkrywca szczepionki na polio, Jonas Salk został trzy lata później bożyszczem tłumów i bohaterem pierwszych stron gazet: piewca zwycięstwa człowieka nad jakże wredną (bo porażającą nas strasznymi mikrobami) naturą dostał za swój wkład w zbawianie ludzkości medal od prezydenta Eisenhowera, stawiano mu pamiątkowe pomniki, drukowano jego podobiznę na znaczkach pocztowych oraz nazywano jego imieniem szpitale, szkoły i ulice. Nieźle, co? Za szczepionkę na chorobę, którą jak wcześniej wykazał Klenner (choć dla wielu brzmi to wciąż jak najgorsza herezja) ludzki organizm może skutecznie pokonać w 3 dni przy pomocy odpowiednio podanej witaminy C. Podobnie jak wszelkie inne choroby zakaźne u dzieci i u dorosłych. I nie tylko zakaźne zresztą.

Ale wróćmy do naszego dra Freda Klennera, który niezrażony otaczającą go zewsząd medyczną komerchą i niełasy na zaszczyty, pieniądze lub rządowe medale – nadal oddawał się swojej życiowej pasji czyli kontynuował praktykę lekarską w Reidsville lecząc dalej pacjentów i niestrudzenie publikował dalsze obserwacje. Tym razem związane z kolejną rosnącą plagą XX w. – stwardnieniem rozsianym (SM, Sclerosis Multiplex). Co takiego odkrył dr Klenner, praktykujący lekarz, na co dzień mający do czynienia z pacjentami cierpiącymi na SM?

Zacznijmy od przedstawienia w dużym skrócie i uproszczeniu czym jest ta przewlekła choroba układu nerwowego, abyśmy wiedzieli o czym mówimy. Nasze włókna nerwowe (aksony) przewodzące impulsy elektryczne są mianowicie otoczone tzw. osłonką mielinową – to tak jak każdy przewód elektryczny w Twoim domu ma osłonkę z tworzywa, która jest izolatorem stosowanym po to by nikt nie poraził się prądem jak również aby kable stykając się między sobą nie powodowały zwarcia. Proces demielinizacji osłonki jaki ma miejsce u chorych na SM polega na tym, że w osłonkach tych robią się „dziury”, osłonki ulegają w pewnych miejscach rozpadowi. Wyobraź sobie w domu pęk kabli z dziurawą, zużytą, przetartą izolacją: nie dość, że stwarzałyby zagrożenie dla bezpieczeństwa, to jeszcze w domu zaczęłyby się dziać dziwne rzeczy – spięcia, wysadzanie korków, miganie świateł czy inne zjawiska odbiegające od normalności, a to wszystko z powodu uszkodzonej izolacji kabli. Podobnie dzieje się w przypadku demielinizacji osłonek naszych włókien nerwowych. Zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy: dochodzi do zakłóceń w przesyłaniu sygnałów nerwowych i pojawiają się zaburzenia czucia, widzenia, równowagi, koordynacji ruchowej oraz zaburzenia poznawcze. Kolejne rzuty choroby najczęściej przerywane są okresami remisji , podczas której (szczególnie we wczesnych fazach choroby) organizm dokonać może remielinizacji (naprawy) uszkodzeń w osłonkach.

Do dzisiaj nie ustalono jednoznacznie przyczyn stwardnienia rozsianego. Najprawdopodobniej składa się na wystąpienie choroby wiele różnych nakładających się na siebie czynników, lecz wskazuje się dzisiaj we współczesnej medycynie głównie trzy teorie powstania SM: teoria autoimmunologiczna (najbardziej popularna), teoria wirusowa (zakażenia drobnoustrojami m.in. herpeswirusy, chlamydia, krętki) oraz czynniki genetyczne (jednak SM nie jest dziedziczne). Nie wiedzieć czemu SM uważa się powszechnie za „chorobę autoimmunologiczną” , pomimo iż choroba ta nie jest oparta tylko i wyłącznie na autoagresji, o czym można przekonać się obserwując stosunkowo niewielką skuteczność terapii immunosupresyjnych (mających wyciszać odpowiedź układu odpornościowego i teoretycznie w ten sposób zapobiegać dalszym uszkodzeniom komórek nerwowych).

A jak na tę chorobę patrzył dr Klenner? Otóż Klenner brał pod uwagę również czynniki związane ze stylem życia, w tym głównie z infekcjami w dzieciństwie (na celowniku stawiając enterowirusy, coxsackie, do tej samej grupy należy np. wirus poliomyelitis czyli choroby Heinego-Medina) oraz z dietą (a raczej niedoborami spowodowanymi dietą), co dzisiejsza medycyna traktuje marginalnie („dieta nie ma na nic wpływu, dietą nie da się też niczego wyleczyć” – znamy już tę mantrę, prawda?). Zastanowił Klennera tymczasem fakt następujący: gdy w badaniach na zwierzętach podawano im jedzenie pozbawione witamin z grupy B , to obserwowano wtedy u tych zwierząt uszkodzenia w układzie nerwowym polegające na… demielinizacji osłonek mielinowych właśnie . [1] Badania na ten temat zostały opublikowane w czasopiśmie medycznym „Archives of Pathology” [2] już w roku 1932. Ponad 80 lat temu! Już od lat 40-tych ubiegłego wieku zaczęto stosować witaminy z grupy B (głównie tiaminę i niacynę) u chorych na stwardnienie rozsiane, a taki na przykład kanadyjski lekarz dr H.T. Mount z Ottawy podawał swoim chorym na SM pacjentom dożylnie tiaminę (wit. B1) oraz domięśniowo ekstrakt z wątroby bogaty jak wiadomo w witaminy z grupy B (a także rozpuszczalne w tłuszczach A i D), śledząc postępy pacjentów przez okres trwający od kilku miesięcy do 29 lat, po czym niezwykle obiecujące wyniki swoich obserwacji opublikował w czasopiśmie medycznym „Canadian Medical Association Journal” w 1973 r.: żaden z pacjentów jakich przez te wszystkie lata miał pod swoją opieką nie doznał pogorszenia, wszyscy odnotowali polepszenie jakości życia i ustępowanie symptomów [3]. Rzecz jasna nie u każdego wszystko przebiegało jednakowo, bo jedni reagowali lepiej, a inni gorzej: osiągnięte wyniki to pomiędzy 40-96% poprawy w symptomach, jednak w sytuacji gdy lekarze rozłożyli ręce i kazali kupić wózek inwalidzki, poprawa symptomów nawet czterdziestoprocentowa może okazać się znacząca dla komfortu życia. A to tylko witaminy z grupy B!

Zobaczmy teraz jaki protokół opracował z kolei (całkowicie niezależnie od dra Mounta i nie wiedząc nic o jego poczynaniach) dla swoich pacjentów dr F. Klenner:

był to cały koktajl witaminowo-minerałowy oprócz ekstraktu z wątroby i tiaminy. Oczywiście dziennie dawki były rozbijane na mniejsze porcje podawane w ciągu dnia. Ekstrakt z wątroby w zastrzyku na początku codziennie, potem podtrzymująco raz w tygodniu. Swój protokół Klenner przez lata praktyki uzupełniał, poprawiał i dopracowywał szczegóły. Stosował go u pacjentów ze stwardnieniem rozsianym oraz z miastenią rzekomoporaźną (miasthenia gravis) z zaskakująco dobrymi rezultatami. W skrócie można przedstawić ten protokół w następujący sposób (cytuję za „Doctor Yourself: Natural Healing That Works”, autor Andrew Saul
  • witamina B1 (tiamina) 1500-4000 mg dziennie (część podawał doustnie i część w zastrzyku)
  • witamina B2 (ryboflawina) 250-1000 mg dziennie
  • witamina B3 (kwas nikotynowy) od 500 mg do kilku tysięcy mg dziennie, podawana do nasycenia (do momentu wystąpienia wazodylatacji zwanej popularnie „flush’em”): na to nasycenie Klenner zwracał szczególną uwagę (zauważając przy tym, iż u pacjentów z SM nie jest to takie łatwe do osiągnięcia, bo „flaszują” przy dużo większych dawkach niż ludzie zdrowi). Kategorycznie uważał wazodylatację poszerzającą światło naczyń za niezmiernie ważną część procesu zdrowienia. Można to porównać z nieporównywalnie droższym (i jak by nie było bardziej inwazyjnym od witaminy B3) zabiegiem udrażniania naczyń tzw. CCSVI opracowanym przez włoskiego lekarza Paolo Zamboniego raptem parę lat temu, a więc prawie ćwierć wieku po śmierci Klennera. Czyżby Zamboni inspirował się w swoich poszukiwaniach pracami starego Klennera i wyczuł, że w tej trawie coś wyraźnie piszczy? Oczko
  • witamina B6 (pirydoksyna) 300-800 mg dziennie
  • witamina B12 (kobalamina) 1000 mcg trzy razy w tygodniu poprzez zastrzyk
  • witamina C (kwas askorbinowy) 10.000-20.000 mg dziennie
  • witamina E (alfa-tokoferol) 800-1200 j.m. dziennie
  • cholina 1000-2000 mg dziennie
  • magnez 300-1200 mg dziennie
  • cynk 60 mg dziennie
  • wapń, lecytyna, kwas foliowy, niezbędne kwasy tłuszczowe linolowy (Omega-6) i linolenowy (Omega-3) oraz dodatkowy codzienny preparat multiwitaminowo-minerałowy

Klenner wziął pod uwagę, że trwające całymi latami niedobory witamin z grupy B (o które niezwykle łatwo w dobie spożywania olbrzymiej ilości pustych węglowodanów : rafinowanego cukru i białej oczyszczonej mąki, białego oczyszczonego ryżu), tudzież używek (masowego i zwyczajowego spożywania kawy, mocnej herbaty oraz alkoholu), mogą mieć wpływ na powstające w układzie nerwowym nieprawidłowości. Na szybsze wyczerpywanie się rezerw witamin B ma ponadto wpływ szereg różnych czynników pozadietetycznych, np. leki (hormonalne, sterydowe, antydepresyjne, antybiotyki, sulfonamidy i inne), stres, upał, ciąża i karmienie, urazy lub operacje jak również podwyższona ciepłota ciała (a który lekarz zapisuje przy gorączce dodatkową B-complex?).

Witaminy z grupy B są rozpuszczalne w wodzie, muszą być zatem one codziennie dostarczane do systemu – nie jesteśmy w stanie ich długo przechowywać w ustroju (z wyjątkiem B12, którą magazynuje nasza wątroba). I tak kamyczek za kamyczkiem powstaje lawina. Niewielkie początkowe niedobory (które można stosunkowo szybko uzupełnić dietą lub suplementem) wkrótce przy takim stylu żywienia i życia przechodzą w niedobory głębokie (które uzupełniać należy suplementacją przez dłuższy okres czasu), a te z kolei przy dalszym zaniedbywaniu sprawy przekształcają się w końcu w tzw. witaminozależność (bez dużych dawek danej witaminy podawanych codziennie organizm człowieka nie jest w stanie odzyskać zdrowia i prawidłowo funkcjonować). Te niedobory zdaniem Klennera kładą podwaliny dla rozwoju niedomagań neurologicznych wraz z innymi czynnikami ryzyka. I trudno mieć co do tego wątpliwości w sytuacji gdy uzupełnienie tych witamin zwyczajnie powoduje zawsze u chorych zauważalną poprawę w symptomach . Więc coś MUSI być na rzeczy – cudów nie ma.

Klenner w swoich spostrzeżeniach zawarł zalecenie, aby choremu podawać witaminy w jak najwcześniejszym stadium choroby : przypadki wczesnego SM łatwiej i szybciej stawały się asymptomatyczne, zaś te zaawansowane wymagały dużo więcej czasu i nie w każdym przypadku udało się całkowicie uzyskać stuprocentową trwałą remisję (aczkolwiek poprawa bywała znaczna, np. osoby przykute do wózka mogły z biegiem czasu zacząć poruszać się o własnych siłach). Wyraził się w ten sposób: potrzeba dwóch lat intensywnego podawania witamin aby naprawić uszkodzenia wywołane jednym rokiem choroby. Miał jednak i takich pacjentów, którzy reagowali pozytywnie dużo szybciej (np. już po dwóch tygodniach), miał i takich, którzy wymagali pięciu a nawet 10 lat intensywnej terapii. Podkreślał, że dużo wolniej reagują pacjenci, którzy wcześniej dostawali leki zawierające kortykosteroidy , np. ACTH (kortykotropinę). Im więcej ACTH pacjent przyjął, tym okres powrotu do zdrowia przy zastosowaniu terapii witaminowej był proporcjonalnie dłuższy. Klenner przytomnie zwracał uwagę, że ACTH nigdy nie działa za trzecim razem. Pierwsza aplikacja daje ulgę, druga niewielką lub żadną, trzecia jest bezwartościowa terapeutycznie. Ogólnie rzecz biorąc medycyna wychodzi z założenia, że SM jest nieuleczalne i może być z czasem jedynie gorzej. Klenner nie tylko sądził inaczej – on tego dowiódł pracując ze swoimi pacjentami i wyniki swojej pracy publikując w prasie medycznej.

Najsłynniejszym chyba jego pacjentem chorym na stwardnienie rozsiane był pewien kanadyjski nauczyciel muzyki, Dale Humpherys. Wbrew opinii swojego neurologa (który jednak poza zastosowanymi wcześniej lekami, w tym ACTH, nie miał dla niego już żadnych propozycji terapii sugerując mu czekać na nowszy lek, który z pewnością jest tuż za rogiem i nad którym niestrudzeni naukowcy „właśnie pracują”), Dale czuł się już tak kiepsko, że postawił wszystko na jedną kartę i zgłosił się do Klennera w 1973 r. W recepcji zapisała go na wizytę miła recepcjonistka: ona również 12 lat wcześniej trafiła do Klennera na wózku, ciężko chora na SM, potem pod jego okiem wyzdrowiała – na tyle, że została w klinice pracując dla dra Klennera w recepcji. Sam Dale miał już zaawansowaną chorobę, mógł chodzić jedynie na bardzo krótkich dystansach, większość czasu spędzał na wózku lub w łóżku (niemal cały czas odczuwał ogromne zmęczenie). Stosując się do wszystkich zaleceń dra Klennera po kilku latach terapii sam siebie określał jako osobę w pełni funkcjonalną , wrócił też do wykonywanego wcześniej zawodu będącego jego życiową pasją.

A jak określali go lekarze? Przez pierwszych 5 czy 10 lat kuracji słyszał od nich: „gratulacje, jest pan w remisji„. Teraz po 25 latach Dale pyta lekarzy: „nadal uważacie, że jestem „w remisji”? Nazwijcie to jak chcecie, ale dopóki biorę moje witaminy nie mam żadnych symptomów!”

Pełen tekst artykułu znajduje sie tutaj:

http://www.fundacjahh.org/old/www.arthri...erosis.pdf

Swoje obserwacje jak również pełen protokół witaminowo-minerałowy (bardzo szczegółowo opisany) oraz opisy przypadków dr Klenner opublikował w czasopismie „Journal of Applied Nutrition„: Frederick R. Klenner. „Response of Peripheral and Central Nerve Pathology to Mega-Doses of the Vitamin B-Complex and Other Metabolites”, Journal of Applied Nutrition, 1973

Już pośmiertnie dr Lendon Smith zebrał wszystkie doświadczenia kliniczne dra Klennera i opisał je w publikacji „Clinical Guide To The Use of Vitamin C” – tytuł jest nieco mylący, bowiem znajdziemy tam cały zbiór wszystkich doświadczeń dra Klennera, wszystkie protokoły opracowane przez niego, również ten poświęcony pacjentom z SM i miastenią.

Publikacja ta znajduje sie tutaj:

https://www.seanet.com/~alexs/ascorbate/...e_1988.htm

Jak widać jest to protokół dość skomplikowany, wymagający przyjmowania witamin również drogą pozajelitową (dożylnie i domięśniowo), wymagałby zatem asysty doświadczonego lekarza prowadzącego, który rozumie protokół Klennera, będzie też umiał dopasować go do konkretnego pacjenta . Nie jest to raczej protokół do samodzielnego zastosowania w domu (poza tym mało kto potrafi robić sobie zastrzyki). Mogą być też problemy z dostaniem dzisiaj niektórych substancji w takiej formie jak używał Klenner (np. ekstrakt z wątroby do aplikacji pozajelitowych ? czy w ogóle jest jeszcze produkowany? raczej nie sądzę…).

Warto jednak też i przy okazji zwrócić uwagę na fakt, że nauka i technologia poszły do przodu, np. dzisiaj już wiemy, że niektórzy ludzie powinni przyjmować metylowane formy witamin B (za czasów Klennera nie były dostępne powszechnie w sprzedaży), ponieważ ich organizmy z powodu braku enzymów, uszkodzonych szlaków metabolicznych, nieprawidłowo funkcjonującej wątroby itd. nie są w stanie dokonać konwersji jednej formy witaminy do drugiej (takiej, którą ostatecznie ustrój może aktywnie użyć). Poza tym metylowane formy mogą być przyjmowane w ilościach mniejszych, na przykład 100 mg witaminy B6 w formie chlorowodorku pirydoksyny zastąpi 20 mg P5P (fosforanu 5-pirydoksalu), który jest metabolitem witaminy B6. [4] Tak samo z witaminą B9 czyli kwasem foliowym: osoby posiadające wadę (polimorfizm) genu MTHFR odpowiedzialnego za metabolizm kwasu foliowego powinny zastosować metylowaną formę (kwas lewomefoliowy inaczej 5-metylotetrahydrofolian albo w skrócie 5-MTHF), a nie syntetyczny kwas foliowy, którego ich ustrój z powodu braku odpowiedniego enzymu nie będzie w stanie przetworzyć na formę aktywną. Na takie szczegóły należy koniecznie zwrócić uwagę (i znający się na rzeczy lekarz z pewnością to zrobi), ponieważ sam protokół jest znakomity , ale wymagać może obecnie nieco modyfikacji – unowocześnienia zgodnego ze stanem naszej obecnej wiedzy jak i coraz mniej sprzyjającym zdrowiu środowiskiem w jakim przyszło nam żyć: coraz więcej zanieczyszczeń powietrza, gleb i wód, coraz więcej toksyn dostających się do naszego wnętrza, coraz bardziej przetworzona, naszpikowana chemią (a także cukrem i tłuszczami trans), ograbiona ze składników pokarmowych dieta, coraz więcej stresu i pośpiechu, a coraz mniej relaksu i snu, unikanie słońca itd. – w tych warunkach łatwiej o uszkodzenia w genach, utratę ważnych enzymów, zablokowanie pewnych szlaków metabolicznych itd.

Dr Abram Hoffer w swojej książce „Orthomolecular Medicine For Everyone: Megavitamin Therapeutics for Families and Physicians” wspomina, że na potrzeby swoich pacjentów chorych na SM (zgłaszających się do niego z depresją – Hoffer był uznanym psychiatrą) zmodyfikował on zalecenia Klennera, tak aby pacjenci mogli w większości samodzielnie stosować suplementy w domu, jak również unowocześnił je – dodał witaminę D, biorąc pod uwagę najnowsze ustalenia nauki w tym zakresie.

 Zmodyfikowany protokół Hoffera oparty na zaleceniach Klennera wygląda w skrócie tak:
  • niacyna (kwas nikotynowy) 500-1000 mg
  • witamina C 3000 mg i więcej
  • witamina D 5000-10000 j.m.
  • B-complex 100 (jedna dziennie)
  • Omega-3 olej z łososia 1000 mg trzy razy dziennie
  • cytrynian cynku 50 mg

Do tego dochodzą zalecenia dietetyczne: żadnych używek (kofeina, alkohol itp.), nabiału, cukru (również słodzików syntetycznych) czy gazowanych napojów, naturalna dieta pełnowartościowa zamiast przetworzonej i zubożonej.

Najsłynniejszym pacjentem dra Abrama Hoffera, który dzięki ortomolekularnej terapii pozbył się symptomów SM i mógł powrócić do uwielbianej pracy, był nowojorski finansista Peter Leeds. Tak przy tym zafascynował się efektami terapii (regularnie robione badania rezonansem magnetycznym od kilku lat nie wykazują żadnych nowych zmian!), że stworzył witrynę poświęconą popularyzacji medycyny ortomolekularnej:

na tej witrynie znajduje się też opis protokołu jaki dla niego opracował dr Hoffer:

http://www.orthomolecular.com/
  • niacyna (kwas nikotynowy) 3 razy dziennie po 500 mg wraz z posiłkiem
  • witamina C 2000 mg 3 razy dziennie
  • witamina D 5000 j.m. – 2 razy dziennie
  • B-complex 100 (jedna dziennie)
  • Omega-3 olej z łososia 1000 mg- 3 razy dziennie
  • cytrynian cynku 50 mg dziennie
  • magnez z wapniem – po 1 do każdego posiłku
  • kwas foliowy – 5 mg raz dziennie
  • B 12 iniekcje podskórne 1 mg 2 razy w tygodniu

Warto zauważyć, że np. dodatkowe ilości witamin (B12, B9, niacyna) czy minerały zostały tutaj ustalone dla tego konkretnego pacjenta. To naprawdę ważne by być pod opieką lekarza, który indywidualnie dopasuje protokół. Pamiętajmy, że każdy z nas jest inny.

A może by tak…bardziej naturalnie? I jeszcze taniej?

A owszem, można, czemu nie Uśmiech Pewien lekarz praktykujący w Sundern (Niemcy), dr Joseph Evers już w 1947 roku informował na łamach czasopisma medycznego (Evers J. „Is It Possible to Influence Multiple Sclerosis by a Certain Diet Regime?”, Public Deutsche Med. W., 72:521, September 19, 1947), iż uzyskał wyraźne ustępowanie symptomów stwardnienia rozsianego u ponad sześciuset swoich pacjentów za pomocą diety surówkowej [5]. Oprócz poprawiających kondycję fizyczną ćwiczeń oraz wzmacniających odporność wodnych zabiegów w/g metody Sebastiana Kneippa, dr Evers ordynował pacjentom witaminę B1 oraz dietę witariańską opartą na surówkach i sałatkach, dużej ilości świeżych warzyw i owoców.

Oprócz tego pozwalał jadać im niewielką ilość jaj (na surowo), mleko (surowe czyli tzw. prosto od krowy) i wytwarzane z niego masło oraz surowy miód (prosto z pasieki, nieprzetwarzany przemysłowo). A także skiełkowane ziarna żyta i pszenicy, wytwarzany z nich pełnoziarnisty chleb, naturalne gniecione ziarno w postaci płatków oraz wyciskane na świeżo oleje z ziaren. Wszystko jednym słowem co chorzy wkładali do ust było naturalne, w stanie takim jak je Bozia stworzyła , żadnego przetworzonego czy konserwowanego pseudożarcia, które dr Evers uważał za źródło zła wszelkiego i chorób nękających ludzkość. I chyba słusznie, bo mu na tych surówkach i kiełkach pacjenci odzyskiwali sprawność, aż huczało. Pocztą pantoflową wieści o klinice się rozchodziły bardzo szybko. Do roku 1970 zdrowie poprawiło sobie w słynnej klinice dra Eversa ponad 10 tysięcy pacjentów z całego świata cierpiących na schorzenia neurologiczne (głównie SM). Do domu wracali z zaleceniami dietetycznymi opartymi w dużej mierze na zasadach panujących w klinice, jednak wolno im było z czasem dołączyć do menu nieco jedzenia gotowanego (w najmniej inwazyjny sposób czyli krótko gotowane na parze) oraz niewielkie ilości wiejskiego (nie hodowanego przemysłowo) mięsa poddanego krótkiej obróbce termicznej bez tłuszczu. Pozostałe zasady diety pozostawały bez zmian. I żadnych używek, kawy, herbaty, alkoholu, nikotyny, soli, cukru, przypraw (typu sklepowe dressingi, majonezy, sosy, ketchupy itd.), białej mąki ani niczego z jej użyciem wyprodukowanego. Żadnych zwyrodniałych tłuszczy (rafinowany olej, margaryna itd.). Z wyjątkiem witaminy B1 dr Evers nie używał niczego pochodzącego z apteki. A więc żadnych leków – i tak zresztą nie były potrzebne.

Może więc warto spróbować? Jeśli to jest ekstremalne to owszem, być może takie jest, ale chyba nie bardziej ekstremalne niż walka z bólami, drżeniami, drętwieniami, przykurczami, w końcu utrata samodzielności i zdanie się na innych: poruszanie się na wózku, utrata możliwości widzenia i porozumiewania się z otoczeniem oraz robienie pod siebie? Przecież zaszkodzić to nie może nikomu - to jest jedzenie , tylko jedzenie! Albo aż jedzenie , jak kto woli. Jak mówił sam Evers: „Z zasady odrzucam wszelkie półśrodki. Tym nie można nikomu zaszkodzić. Nigdy nie używałem żadnej innej terapii”. I dodawał: „Kontrolne badania moich pacjentów wykonywane przez doświadczonych specjalistów (neurologów, internistów i okulistów) wykazywały wyraźne polepszenie . Pacjenci, nawet ci w beznadziejnym stanie, polepszali swój stan przez postępowanie dietetyczne. (…) choć naturalna tkanka nerwowa, która została zniszczona i pokryła się bliznami nigdy już nie będzie mogła, nawet z pomocą diety, zostać przywrócona w pełni do stanu oryginalnego”.

Dlatego też Evers, podobnie jak Klenner podkreślał, że im wcześniej rozpocznie się konkretne naprawcze działania tym lepsze uzyska się rezultaty. Nie ma co czekać na postępujące inwalidztwo ograniczając się jedynie do maskowania symptomów i pozwalając tym samym na dalszą degradację układu nerwowego. Nawet najlepsze suplementy i najlepsza dieta nie naprawi potem nigdy do końca już zaistniałych zniszczeń. To podkreślał w swoich pracach zarówno Klenner jak i Evers. Żebyśmy się więc dobrze zrozumieli: żaden z nich nikomu nie obiecuje całkowitego uzdrowienia zawsze i w każdym przypadku . Jednak prace jakie po sobie pozostawili ci lekarze-praktycy wskazują na to, że stwardnienie rozsiane NIE jest tak beznadziejną chorobą jak ją chce widzieć medycyna konwencjonalna, czyli nieuleczalną kompletnie (Merck Manual określa chorobę jednoznacznie: „przyczyna jest nieznana (…) nie ma żadnego efektywnego leku”). W pewnych warunkach jednak SM można jak się okazuje uczynić chorobą trwale asymptomatyczną, czyli pozwalającą na normalne funkcjonowanie. Tym normalniejsze im szybciej weźmiemy się do roboty. Ale właśnie… nie lekami. Bo przecież nie z braku leków w organizmie choroba powstała – on potrzebuje czegoś zgoła innego aby mógł prawidłowo przeprowadzać swoje operacje biochemiczne do których został zaprojektowany przez naturę. Leki mogą pomóc doraźnie, ale na dłuższą metę zgodnie z tym co napisano w Merck Manual, nie mogą stanowić efektywnego leczenia.

Przy czym warto wiedzieć, że co nowszy lek to droższy, absurdalnie kosztowny. Taki na przykład hicior o nazwie Gilenya (fingolimod) koncernu Novartis kosztuje… ponad 8 tysięcy zł za opakowanko starczające na miesiąc „kuracji” (piszę w cudzysłowie, ponieważ nikogo ona jeszcze nie u zdrowiła – nie ma takich danych przynajmniej, ale za to mamy dane o mnóstwie poważnych skutków ubocznych, w tym kilkanaście zgonów, ale co tam te trochę pogrzebów w tę czy we w tę – grunt, że lek oficjalnie ma glejt na piśmie, iż „korzyści związane z tym lekiem znaczenie przeważają nad potencjalnymi zagrożeniami”). Trzeba mieć niezły tupet aby żądać sobie 300 zł za jedną kapsułeczkę i rzecz jasna nie dawać żadnych gwarancji na nic z wyjątkiem skutków ubocznych. Niech teraz ktoś policzy ile za to można mieć kapsułek z witaminami z grupy B (nawet biorąc pod uwagę droższą metylowaną wersję), ile kilo wątróbki, jabłek, cebuli, buraków, kapusty czy marchewki. Bo jedzenie przecież kupić i tak trzeba.

Dr Evers zmarł w 1975 roku, ale założona przez niego klinika ( Neurologische Klinik Dr. Evers , przemianowana obecnie na Neurologische Klinik Sorpesee GmbH & Co. KG) nadal działa i cieszy się dużą renomą. Dr Joseph Evers w ciągu swojego życia napisał kilka książek, z czego najbardziej znane są dwie: „The Changed Aspects of Diseases” oraz pełna praktycznych porad „Directions For Treatment of Multiple Sclerosis”. Obie wydane przez wydawnictwo Karl F. Haug, Ulm/Donau, Niemcy, 1964 r. [6]

I jeszcze coś z naszego podwórka…

Gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości, że taka zwykła rzecz jak jedzenie , które trzy razy dziennie wkładamy do swojego wnętrza naprawdę potrafi wiele zdziałać dla naszego zdrowia, to warto by zapoznał się z historią pani Barbary Połoczańskiej z Gdańska. Bo wiadomo – doktor Klenner nie żyje, doktor Evers nie żyje, nikt na oczy nie widział nigdy na żywo ani jednego ich pacjenta ze stwardnieniem rozsianym, który by normalnie funkcjonował podpierając się tylko dietą i suplementacją, więc jak tu wierzyć w takie cuda na kiju?

A tymczasem pani Barbara Połoczańska z Gdańska żyje, ma się dobrze, nie tylko chodzi ale i biega i tańczy, można się nawet z nią spotkać i osobiście porozmawiać (co jakiś czas organizowane są spotkania autorskie z nią), a wywiad z nią można przeczytać tutaj:

http://www.dobrewiadomosci.eu/zdrowie/11...ona-chorob-

Pani Barbara poważnie zachorowała na SM w 1996 roku i nigdy nie brała żadnych farmaceutyków z uwagi na bardzo silne alergie. Była zatem niejako zmuszona siłą rzeczy oprzeć się na terapii bez leków – właśnie głównie dietetycznej. Wyeliminowała z biegiem czasu szkodliwe elementy swojego menu zastępując je tymi, które budują zdrowie. Zjada bardzo dużo surówek i sałatek, pije warzywne soki wyciskane na świeżo w domu, nie je niczego przetworzonego, nie jada czerwonego mięsa ani rafinowanych olejów. Stosuje też suplementy witaminowo-minerałowe.

Od 2002 roku stan jej zdrowia nie uległ pogorszeniu! Swoją drogę do zdrowia pani Barbara opisała w książce „Siła woli – moc zdrowienia”.

Kilka miesięcy temu była gościem Radia Gdańsk - audycji można wysłuchać tutaj:

http://www.radiogdansk.pl/index.php/audy...ienia.html

Na zakończenie oddaję głos pani Barbarze, która powiedziała coś, co ja sama bym powiedziała:

Mówię o swojej chorobie, ale taki styl życia jaki teraz prowadzę może pomóc każdemu, bez względu na rodzaj jego choroby. Choroby różnią się tylko nazwami. Większość chorób zależna jest od czynników środowiskowych. W obliczu choroby ludzie nie polegają na sobie, nie dociekają jej przyczyn. Ślepo wierzą w cudowne działanie leków i nie zmieniają swojego dotychczasowego trybu życia.  Trwają w fałszywym przekonaniu, iż lek jest w stanie przywrócić im zdrowie. Sam lek nie wystarczy.  Często chorzy na stwardnienie rozsiane czekają na drogie leki, pokładają w nich wielkie nadzieje. A tymczasem pokonanie choroby jest w zasięgu ich ręki.

To jednym słowem jak żyjesz i co wkładasz trzy razy dziennie do swojego wnętrza leży tylko i wyłącznie w Twojej gestii – nikt nie ma nad tym kompletnie żadnej kontroli bo nie obowiązują tutaj żadne odgórne zakazy i nakazy: to Ty sam jesteś panem i władcą w tej kwestii. Jedyną decyzyjną osobą i kowalem swego losu jeśli idzie o Twoje zdrowie jesteś TY! Nie musisz też być zdany na cudzą łaskę czy niełaskę. Nie ma takiej potrzeby. Pamiętaj, że zawsze masz wybór! 

Źródło:

http://www.fundacjahh.org/old/sm/materia...inowe.html
Odpowiedz
#5


Przewodnik dla pacjentów otrzymujących duże dawki witaminy D - Coimbra 2017


dr Cícero Galli Coimbra

tłumaczenie znajduje się w tym wątku:

http://www.stwardnienierozsiane.info/for...3#pid35123


żródło:

https://vitamindwiki.com/Guide+for+patie...imbra+2017

https://www.thisisms.com/forum/coimbra-h...28976.html
Odpowiedz
#6
(26-06-2020, 18:05)Anka napisał(a): Mam pytanie. To leczenie jest na NFZ?
Jakie sa koszta jak prywatnie?

Myślę że na to pytanie (jeśli chodzi o koszta) być może za jakiś czas odpowie SKRI  bo chyba jako jedyna na forum jest w programie.

Jeśli chodzi o NFZ to raczej wątpie (to w dalszym ciągu eksperymentalna terapia)

Opcjonalnie można sie skontaktować z lekarzem przeszkolonym w protokole (w kraju w którym mieszkamy ), na polskę na razie jest jeden.

Listę lekarzy znajdziecie tutaj:

https://www.hsctstopsms.com/simple-overv...worldwide/

opcjonalny link tutaj:

https://www.thisisms.com/forum/viewtopic...57&t=27159

P.S. specjalnie odpowiedziałem w tym wątku żeby nie robić bałaganu.

Wywiad z Dr Cicero Coimbrą (kwiecień 2014) - polskie napisy (niestety translator ale tragedii nie ma bo tłumaczone z angielskiego a nie z portugalskiego)



Link do tego filmiku już chyba wrzucałem ale teraz wrzucam swoją wersję z napisami polskimi (wgrzanymi na stałe w obraz, więc jest mniej klikania w opcje)

Mimo że film pochodzi z 2014 roku i jest dosyć długi to polecam żeby każda osoba chora na stwardnienie rozsiane dokładnie do obejrzała.

P.S. dla osób które wolą czytać niż oglądać pózniej postaram się wrzucić transkrypcję wywiadu.
Odpowiedz
#7
WITAMINA D ARTYKUŁ BEATY JANKOWSKIEJ

Bardzo serdecznie dziękuje Beacie Jankowskiej  że znalazła czas i ochotę żeby napisać dla nas po ludzku o witaminie D i jej znaczeniu dla nas chorych, jak i w ogóle w tych trudnych COVIDowych czasach.

Wersje oryginalna do pobrania w formie pdf macie pod tym linkiem

dla osób które maja problem z tym formatem zapraszam do lektury poniżej.
 
Z poważaniem Małgorzata Felger
dyrektor Fundacji



Dlaczego, kiedy, jak i ile? Czyli dlaczego poziom D3 jest taki ważny, a jedzenie węgorza z pieczarkami na plaży w wakacje nie wystarczy
 
 Obiecałam Małgosi, że napiszę porządnie o witaminie D. Porządnie, krótko i rzeczowo. Tyle że, jak się okazuje, ja tak nie potrafię. Jak ma być porządnie, to nie może być krótko i muszę „ogarnąć” cały temat. Bo ja już tak mam.. Będzie więc najkrócej jak potrafię, ale i rzeczowo…W końcu nikt nie twierdzi, że trzeba przeczytać całość. Przekonania dotyczące konieczności, czy braku konieczności suplementacji tej witaminy są bardzo różne, a dyskusje często burzliwe. A jak twierdził, mądry niewątpliwie filozof, Fryderyk Nietzche ”Przekonania są bardziej niebezpiecznymi wrogami prawdy, niż kłamstwa.” Postarajmy się więc zbliżyć do prawdy, tej potwierdzonej badaniami naukowym i obserwacjami klinicystów…

Witamina D, obok witamin A, E i K, należy do grupy witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. Tylko że, jak się okazało właściwie witaminą nie jest. Skąd wiemy, że takowa w ogóle istnieje i jest potrzebna?

W XIX wieku, po rewolucji przemysłowej, wśród dzieci pojawiła się nowa tajemnicza choroba powodująca zahamowanie wzrostu, zanik masy mięśniowej, deformacje nóg. Nazwano ją ‘krzywicą nóg’ nie mając jeszcze pojęcia o co chodzi. Choroba występowała w większych aglomeracjach miejskich czy to europejskich (Londyn, Warszawa), czy innych – do końca 1900 roku stwierdzono ją u 80% populacji dzieci w Bostonie. Nie wchodząc głęboko w tło historyczne, i pomijając wielu naukowców i lekarzy zajmujących się tematem, przed, po i w międzyczasie, wspomnę tylko o dwóch.

Pierwszy to polski lekarz, dr Jędrzej Śniadecki (1768–1838). Kształcony w naszym Krakowie (lokalny patriotyzm krakowianki nie pozwala tego przemilczeć), a także w Pawii i Edynburgu. Profesor chemii i farmacji w Głównej Szkole Litewskiej (później Uniwersytet Wileński), lekarz, mistrz medycyny społecznej, (też biolog, chemik i filozof), który po latach obserwacji dzieci chorujących na krzywicę jako pierwszy „wpadł na trop” i opisał metodę leczenia tej choroby za pomocą kąpieli słonecznych.
Drugi, to Sir Edward Mellanby (1884 – 1955), (początkowo pracownik Uniwersytetu Londyńskiego, następnie profesor farmakologii w Uniwersytecie w Sheffield). Był on zwolennikiem poglądu, że główną rolę w etiologii krzywicy odgrywa nieodpowiednia dieta. W 1925 roku ogłosił, że zapadalność na krzywicę wiąże się z brakiem jakiejś rozpuszczalnej w tłuszczach substancji czynnej w spożywanym pokarmie. Ponieważ olej z dorsza pomagał, podejrzewał witaminę A, ale to nie była ona. Dopiero po serii badań naukowcy odkrto całkiem nową substancję, którą w 1921 McCollum nazwał witaminą D. Litera D wynika z faktu, że znano już witaminy A, B i C, więc pora była na D, a uważano wtedy, że to witamina.

Obydwoje mieli rację. 43 lata później w podręczniku medycyny klinicznej, Armand Trousseau podkreślał związek krzywicy ze zbyt małą ekspozycją na słońce, a w czasie nim terapii zalecał spożywanie tranu. Wyjaśnienie charakteru działania czynnika pokarmowego i naświetlania było nie lada wyzwaniem. I trochę trwało. Po wielu latach badań dopiero w 1930r., dzięki pracom Windausa, udało się poznać chemiczną strukturę witaminy D. (W 1928, Adolf Otto Reinhold Windaus został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, „za zasługi w badaniach budowy steroli i ich związku z witaminami”, w tym D3 właśnie).
W tym tradycyjnym ujęciu witamina D długo uważana była za czynnik związany jedynie z układem kostnym, jego prawidłowym rozwojem i działaniem. Ta funkcja jest aktualna i witamina D dalej jest związkiem, którego podstawową funkcją jest regulacja metabolizmu kostnego oraz homeostazy wapnia i fosforu (przez zwiększenie ich wchłaniana w jelitach), co ściśle wiąże się z mineralizacją kośćca. Wraz z pozbyciem się krzywicy zainteresowanie naukowców witaminą D spadło na kilka dziesięcioleci, a zasady suplementacji witaminą D3, zarówno w Polsce jak i innych krajach, rygorystycznie przestrzegane były jedynie w pierwszych miesiącach życia, właśnie z powodu prewencji krzywicy wśród dzieci.

Sytuacja zmieniła się kiedy odkryto, że nie jest tak naprawdę witaminą, tylko hormonem. (Lekarze nie mają w zwyczaju traktować witamin poważnie). Dopiero jednak w 1936 r., po stwierdzeniu w skórze obecności 7-dehydrocholesterolu, który pod wpływem światła słonecznego przechodzi w cholekalcyferol, zidentyfikowano i opisano witaminę D3. Szczegółowe poznanie funkcji i metabolizmu witaminy D nastąpiło dopiero w drugiej połowie XX wieku. A właściwie się rozpoczęło, bo trwa nadal, a witamina D odkrywa coraz to nowe niespodzianki.

Skoro mowa o 7-dehydrocholesterolu warto poczynić dygresję…

CHOLESTEROL jest bardzo potrzebny! Wspomnę tylko o dwóch z jego wielu funkcji, szczególnie interesujących dla nas. Jest potrzebny ponieważ;
 
  • jest składnikiem otoczki mielinowej komórek nerwowych, uczestniczy w przekazywaniu sygnałów. Przyjmuje się, że do właściwego funkcjonowania mózgu i komórek nerwowych niezbędna jest obecność cholesterolu w ilości minimum 5%.
  • jest prekursorem syntezy witaminy D3 oraz hormonów steroidowych, takich jak aldosteron, progesteron, estrogen, testosteron oraz kortyzon.
 
Ale wróćmy do ‘witaminiy D’ w kontekście tego, co aktualnie już o niej wiadomo. A wiadomo coraz więcej i w coraz różniejszych kontekstach, a 99% wiedzy pochodzi z ostatniej dekady.
Witamina D to grupa secosteroidów odpowiedzialnych za całe mnóstwo różnych ważnych dla nas i naszego (i innych ssaków) zdrowia procesów. W świetle obecnej wiedzy, spełniając definicję zarówno witaminy, jak i hormonu, jest ona uznawana za związek wywierający wpływ na około 900 różnych genów i większość narządów organizmu ludzkiego.
Aktywny metabolit witaminy D (1,25(OH)2D3), łączy się z odkrytym w 2005 roku jądrowym receptorem witaminy D VDR, (Vitamin D Receptor). Receptory te jak się okazało, obecne są w większości komórek pozaszkieletowych, w tym w komórkach układu immunologicznego oraz mózgu.
 
Ryc.1. Budowa kalcytriolu i kierunki jego działania. [wg: Sajkowska, J., Paradowska K. 2014]. Wielokierunkowe działanie witaminy D. Biul. Wydz. Farm. WUM. 2014, 1:1-6].

[Obrazek: zdjecie-str-3-768x414.jpg]

W ostatnich 10 latach, na świecie ukazało się ponad 30 000 publikacji, będących wynikiem badań dotyczących ustalenia korzyści zdrowotnych wynikających z prawidłowego zaopatrzenia organizmu w witaminę D. Liczne z nich sugerują, że uzyskanie i utrzymanie jej prawidłowego stężenia nie tylko zapobiega krzywicy i osteomalacji, ale także ogranicza ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, astmy, nadciśnienia tętniczego, zapalenia tarczycy Hashimoto, udaru mózgu, choroby Gravesa Bassedowa, nowotworów (piersi, prostaty, jelita grubego), cukrzycy typu 2, chorób i zaburzeń metabolicznych, chorób infekcyjnych wynikających z obniżonej odporności, chorób z autoagresji (łuszczyca, cukrzyca typu 1, choroba Leśniowskiego-Crohna, stwardnienie rozsiane), chorób neurodegeneracyjnych, depresji, zaburzeń psychicznych…
Pierwsze doniesienie (1985r) na temat związku D z chorobami autoimmunologicznymi dotyczyły chorego, u którego po doustnym podaniu 1α -hydroksycholekalcyferolu (1α(OH)D3) w celu leczenia osteoporozy, stwierdzono remisję zmian łuszczycowych. Ostatnie obserwacje/badania sugerują, że już poziom witaminy D w macicy matki, ma istotne znaczenie dla zmniejszenia ryzyka chorób przewlekłych w późniejszym życiu jej dziecka…
 
D3 a stwardnienie rozsiane, czyli to co nas interesuje najbardziej…
 
Mnie, a sądzę że także i Was, oczywiście najbardziej interesuje potencjalny związek poziomu/niedoborów witaminy D z chorobami neurodegeneracyjnymi, z autoagresji, a szczególnie stwardnieniem rozsianym. Dlatego też pominę bardzo ważne skądinąd aspekty związane z innymi chorobami, skupiając się właśnie na SM. Już badania populacyjne pokazują, że u osób, które w wieku 5-15 lat spędzały latem więcej czasu na łonie natury (czyli dla jednych „na polu”, dla innych „na dworze”), na terenie gdzie ekspozycja na UVB była największa, ryzyko zapadnięcia na stwardnienie rozsiane było o 55% (!) niższe, niż w grupie z najmniejszą ekspozycją. Już to daje do myślenia…
Wpływ czynników środowiskowych na rozwój i aktywność SM znany jest od dawna. Do najważniejszych z nich, w świetle aktualnych badań, należą witamina D i ekspozycja na słońce. (Dotyczy to także innych chorób autoimmunologicznych, ale mnie, jak już wspomniałam, z egoistycznych pobudek interesuje tylko stwardnienie rozsiane).
Okazuje się, że odpowiedni (już słyszę to pytanie „czyli jaki??”, ale cierpliwości) poziom witaminy D, redukuje ryzyko wystąpienia pierwszych objawów związanych z demielinizacją i może nie tylko zmniejszyć ryzyko stwardnienia rozsianego w populacji ogólnej, ale także u dzieci matek, suplementowanych przed i podczas ciąży. To bardzo istotna informacje dla kobiet z sm planujących zostanie mamą.

Informacje na temat związku ryzyka zachorowania na SM i jego późniejszego przebiegu, z poziomem w organizmie wtaminy D, można znaleźć w wielu pracach, z kolejnych lat. Piszą o tym np.: Lucas i wsp. 2011, Ascherio i wsp. 2014, Alhabri 2015, Guzman i wsp. 2015, Thouvenot i wsp. 2015, Muris i wsp. 2016, Sintzel i wsp. 2018, Jasper i wsp. 2019, Psujek & Psujek 2019, Simpson i wsp. 2019, Hedström i wsp. 2020.
Istnieje coraz więcej dowodów wskazujących na to, że niższe poziomy witaminy D, są związane ze zwiększonym ryzykiem zachorowania na stwardnienie rozsiane, a u osób już chorujących z większą aktywnością kliniczną i mózgową MRI. Badania sugerują, że witamina D może przez modulację immunologiczną odgrywać ochronną rolę dla mieliny, działając przeciwzapalnie i przeciwutleniająco.

Badania potwierdzają też, że niedobór witaminy D jest związany z wyższym ryzykiem i poziomem niepełnosprawności w SM, a także wyższym ryzykiem kolejnego rzutu, nowych zmian i nowych ognisk. I przeciwnie, wyższe stężenie witaminy D we krwi wiązało się z mniejszym postępem/poziomem niepełnosprawności w ciągu 5 lat obserwacji, jak też wydłużało okres przejścia formy rzutowo-emisyjnej we wtórnie-postępującą. Zmniejsza również ryzyko atrofii mózgu. Potwierdzono też rolę witaminy D w neuroprotekcji, gdyż chroni ona przed uszkodzeniami pod wpływem toksyn neurologicznych, oraz przyśpiesza regenerację istniejących. Potwierdzono też odwrotną korelację między poziomem 25(OH)D, a wynikami testów pamięciowych, motorycznych i poznawczych. Czyli im mniej D, tym gorsze wyniki. Witamina D okazała się też skuteczna w zmniejszaniu ryzyka rzutów oraz tempa postępu klinicznego w stwardnieniu rozsianym.

Badanie poziomu witaminy D w próbkach krwi od 469 pacjentów z rzutowo-remisyjną postacią SM lub zespołem klinicznie izolowanym (CIS), pokazało, że każdy dodatkowy wzrost poziomu witaminy D o 10 ng / ml był związany z około 15% niższym ryzykiem nowych zmian T2 i z około 32% zmniejszonym ryzykiem kolejnych zmian wzmacniających gadolin. Okazało się też, że każdy dodatkowy wzrost o 10 ng / ml poziomu witaminy D wiązał się z dodatkowym 7,8 ml zachowanej objętości istoty szarej mózgu.

Silne dowody na związek sm z poziomem D, pochodzą też z dużego prospektywnego badania kontrolnego ponad 7 milionów osób z amerykańskiego personelu wojskowego, od którego pobrano próbki surowicy przed pojawieniem się objawów stwardnienia rozsianego. Badanie to wykazało, że wśród rasy białej odnotowano 41% spadek ryzyka stwardnienia rozsianego na każde 50-nmol / L wzrostu 25-hydroksywitaminy D, a efekt był silniejszy w przypadku próbek pobranych przed ukończeniem dwudziestego roku życia.

W innych badaniach wzrost o 50 nmol / L (20 ng / ml) średnich poziomów 25 (OH) D w surowicy w ciągu pierwszych 12 miesięcy, przewidywał o 57% niższy wskaźnik nowych aktywnych zmian, o 57% niższy wskaźnik nawrotów, 25% niższy roczny wzrost objętości uszkodzenia T2 i 0,41% niższą roczna utrata objętości mózgu od 12 do 60 miesięcy.
Inne badania wykazały, że osoby z SM mają zazwyczaj niski poziom witaminy D w okresach wysokiej aktywności choroby i odwrotnie, wyższy poziom poprzedza okresy o niższej aktywności. Ryzyko wystąpienia stwardnienia rozsianego i jego progresji jest więc odwrotnie proporcjonalne do poziomu witaminy D. Uważa się, że nawet czasowe niedobory witaminy D mogą wywołać zwiększoną zachorowalność na stwardnienie rozsiane.

Witamina D jest również bardzo silnym przeciwutleniaczem zwalczającym wolne rodniki i redukującym stres oksydacyjny w układzie nerwowym. Odgrywa także ważną role przy zmniejszaniu toksyczności rtęci poprzez radykalne zwiększenie ilości wewnątrzkomórkowego glutationu.
Wyniki badań sugerują też, że witamina D moduluje odpowiedź immunologiczną na zakażenie, podejrzewanym o związek z SM wirusem Epstein-Barra EBV, i że szkodliwa aktywacja komórek T, prowadząca do SM jest bardziej prawdopodobna, jeśli stan witaminy D jest nieoptymalny. Witamina D może również wpływać na postęp choroby poprzez kontrolowanie/zwiększanie regeneracji osłonki mielinowej (remielinizację) u pacjentów ze stwardnieniem rozsianym oraz pacjentów cierpiących na inne choroby demielinizacyjne. Po dodaniu witaminy D do mózgowych komórek macierzystych, w których obecne były białka, okazało się, że szybkość wytwarzania oligodendrocytów (komórki glejowe formujące osłonki mielinowe) zwiększyła się o 80%.
Ponadto wygląda na to, że niska ekspozycja na słońce i niedobór witaminy D, to dwa różne czynniki ryzyka, które działają synergistycznie, zwiększając ryzyko stwardnienia rozsianego.
Potencjalny efekt ochronny ekspozycji na słońce wydaje się być związany nie tylko z wpływem na poziom witaminy D, ale i innymi korzyściami, co może mieć znaczenie w zapobieganiu chorobie, w szczególności u osób z genetyczną podatnością na stwardnienie rozsiane (ten ‘wariant’ SM ma około 14% chorych). Można zatem zalecać delikatne „opalanie”, niezależnie od ‘trzymania poziomu’ D.

U nas to trochę błędne koło, ponieważ wielu chorych unika ‘kąpieli słonecznych’, gdyż źle reaguje na ciepło, a ich objawy pod jego wpływem się nasilają (zjawisko Uhtoffa).
Podsumowując, wczesna suplementacja u pacjentów z SM (szkoda że mało który lekarz o tym mówi), może istotnie wpłynąć na przebieg i postęp choroby, jak też rozwój niepełnosprawności. Czemu suplementacja? Bo bez tego dzisiaj nie da rady, o czym piszę dalej. Obecnie lekarze (nie wszyscy, ale już naprawdę wielu), uznają potrzebę suplementacji witaminy D, jako standardu opieki dla pacjentów z SM.
 
To skąd ta witamina D?
 
W środowisku naturalnym znaleźć można dwa związki, które są dla nas prekursorami witaminy D. Są to witamina D3 (znana również jako kalciol, cholekalcyferol) i witamina D2 (czyli ergokalcjol, ergokalcyferol, kalcyferol). Cząsteczki witaminy D3 i D2 różnią się tylko budową łańcucha bocznego. Witaminy D (D2 i D3) nie wykazują działania biologicznego, są jednak substancjami wyjściowymi, które w organizmie ulegają cyklowi przemian prowadzącemu do wytworzenia czynnych metabolitów (Ryc.2).
Obydwa te związki powstają na skutek działania promieni ultrafioletowych (UVB). Witamina D2 występuje w roślinach i grzybach (drożdże to też grzyby!), a witamina D3 wytwarzana jest w organizmach zwierzęcych (my to też zwierzęta!).
Synteza tych witamin (i w roślinach i w zwierzętach), zachodzi pod wpływem promieni słonecznych. My możemy więc te witaminy pozyskać z pokarmu, ale też jako zwierzęta D3 wytworzyć. Czyli źródła witaminy D dla nas mogą być i egzogenne (zewnętrzne), czyli produkty spożywcze roślinne z D2, oraz zwierzęce z D3, jak i endogenne (wewnętrzne), czyli synteza D3 w skórze pod wpływem działania promieni słonecznych).

Podsumowując D3 czyli cholekalcyferol to związek, który do organizmu człowieka jest dostarczany wraz z dietą, lub powstaje na skutek bioaktywacji pochodnej cholesterolu w skórze (7-dehydrocholesterolu), pod wpływem promieniowania słonecznego (o długość fali 290-315 nm). Związek ten (D3- cholekalcyferol) w organizmie człowieka, (zarówno z diety jak i z syntezy skórnej), podlega dwukrotnej przemianie enzymatycznej. Pierwszy etap przemiany zachodzi w wątrobie. Tam powstaje 25-hydroksycholekalcyferol (25(OH)D3), główny krążący w organizmie człowieka metabolit witaminy D. To właśnie poziom tego związku wzrasta proporcjonalnie do ilości przyjmowanej witaminy D (z dietą, lekami, suplementami, syntezą skórną) i jest markerem zaopatrzenia organizmu w tę witaminę. Ma stosunkowo długi okres półtrwania; 20-60 dni i dość dokładnie ilustruje zapasy witaminy D w organizmie.

Czyli aby przekonać się czy mamy właściwy poziom witaminy D, badamy (badanie z krwi) właśnie poziom 25(OH)D3.
I tu od razu chciałabym zdementować „plotki”…. Gdy suplementujemy D i chcemy sprawdzić efektywność tejże suplementacji, wcale nie należy jej przerywać przed badaniem. Nie mam pojęcia skąd wzięła się taka sugestia. Na stronach różnych laboratoriów wykonujących badanie są informacje „jeśli już suplementujemy witaminę D nie odstawiamy jej do badania”, „kiedy chcemy sprawdzić czy suplementacja jest skuteczna nie powinno się przerywać jej stosowania” itp…
Poziom witaminy na wyniku możemy otrzymać w różnych jednostkach. Zależnie od laboratorium/kraju gdzie wykonujemy badanie, poziom podawany jest albo w ng/ml albo w nmol/l. W większości krajów poziomy witaminy D są podawane w nanomolach na litr (nmol / l.). Natomiast w Stanach Zjednoczonych i kilku innych krajach (w tym w Polsce), poziomy są podawane w nanogramach na mililitr (ng / ml.).

Te dwie różne jednostki miary są bardzo podobne, co może prowadzić do nieporozumień na temat wyników i ich interpretacji. Szczególnie gdy wyniki konfrontujemy z czytanymi artykułami. Wynik dostaniemy ng/ml, a w jakimś medycznym angielskojęzycznym artykule (wszystko co naukowe i jest publikowane, musi być po angielsku) czytamy o właściwych poziomach w nmol/l. Aby przeliczyć ng / ml na nmol / l, należy pomnożyć ng / ml przez 2,5.

Na przykład 50 ng / ml odpowiada 125 nmol / l.
Następny etap przemian zachodzi głównie w kanalikach nerkowych, i tam powstaje biologicznie aktywny związek, najbardziej aktywna ze wszystkich forma witaminy D jaką jest kalcytriol 1,25(OH)2D3. Jego poziom półtrwania wynosi kilka godzin. (Drugim produktem przemian jest 24,25(OH)2D3, którego rola nie jest w pełni poznana) (Ryc.2).
Mimo przekonania wielu osób naturalne (pokarm + opalanie) zaspokojenie zapotrzebowania organizmu na witaminę D, jest przez większość roku niewykonalne…
Zarówno przez syntezę w skórze (krótki okres w perspektywie roku w naszej szerokości geograficznej, konieczna znaczna ilość czasu przebywania „na słońcu”), jak i ze źródeł pokarmowych (jest ich stosunkowo niewiele, spożycie ryb w Polsce jest niewielkie, źródła roślinne, a właściwie ‘grzybowe’ są niewystarczające).

Ryc.2. Cykl przemian witamin D3 i D2 w organizmie człowieka prowadzący do wytworzenia czynnych metabolitów [Rysunek własny… Ale jestem zdolna, co nie?]

[Obrazek: zdjecie-str-7-768x532.jpg]

Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie: ile witaminy D jesteśmy w stanie pozyskać z pokarmu? Czyli ile damy radę zjeść??
 
Do najlepszych pokarmowych źródeł witaminy D należą w przypadku D3 ryby morskie (łosoś, dorsz, tuńczyk, śledź, makrela, sardynki, węgorz), wątróbka, tran, jaja (głównie żółtko), mleko i jego przetwory jak masło, sery dojrzewające, a w przypadku D2 np. grzyby suszone na słońcu, drożdże. W tym miejscu warto wspomnieć, że jaja od kur „z wolnego wybiegu” (z powodu ich kontaktu ze słońcem), mogą mieć nawet 6 razy więcej witaminy D, niż jaja od kur z chowu przemysłowego, które tego słońca nie widziały…
Nie we wszystkich produktach znajdziemy w ogóle witaminę D. Na przykład w bardzo zdrowej z innych powodów kapuście nie ma jej wcale, podobnie jak w innych warzywach i w ogóle roślinach. W diecie nie jesteśmy więc w stanie dostarczyć sobie odpowiedniej dawki witaminy D3, która wynosi dla dorosłego człowieka od około 2000 j.m. Aby zapewnić sobie dawkę 1000 j.m. witaminy D należałoby codziennie zjadać np. 200g pieczonego łososia (to bym chyba dała radę jakiś czas), lub aż 660 g makreli, albo 20 jajek, albo kilka kilogramów sera żółtego (uwielbiam, ale ileż można), albo ponad 80 litrów mleka (słabo, niektórzy mleka w ogóle nie powinni tykać). Nie wiem jak inni, ale ja zdecydowanie nie dam rady. To na 1000, a przydałoby się dwa razy tyle…

Ponieważ spotykamy się z różnymi jednostkami określającymi zawartość witaminy D w produktach spożywczych, warto to uporządkować;
µg (mcg) to skrót od mikrograma. 1 mcg to jedna milionowa grama (0,000001 g).

1 µg = 1 mikrogram = 1 mcg = 40 j.m.  = 40 I.U.
Angielska IU czyli International Unit, to polska j.m. czyli jednostka międzynarodowa.
50 µg = 2000 j.m. (chociaż tyle potrzebuje dziennie dorosły człowiek)
 
[Obrazek: Y8Qi0dm.png]
 
Jedną z zalet witaminy D3 jest jej długowieczność po spożyciu – pozostaje w krwiobiegu przez tygodnie, w porównaniu do kilku dni w przypadku witaminy D2. Ale spożywanie D3 nie jest rozwiązaniem dla wegan i wegetarian. Na szczęście dużo D jako D2 jest w grzybach. Jej ilość można jeszcze podnieść susząc grzyby, ale koniecznie NA SŁOŃCU. Wystawiając świeże grzyby na słońce przed wrzuceniem do zupy też zyskamy. Grzyby zawierają także wiele innych pomocnych składników odżywczych, w tym beta-glukany do wzmocnienia odporności, ergotioneinę do wzmocnienia działalności antyrodnikowej, stymulatory wzrostu nerwów do wspomagania funkcji mózgu oraz związki przeciwdrobnoustrojowe do ograniczania rozprzestrzeniania się wirusów.
Z przewodu pokarmowego (jelito cienkie) wchłaniane jest 50-80% witaminy D3 dostarczanej z pożywieniem. Jest to uzależnione od ilości tłuszczu w diecie (i wcale nie znaczy że im więcej tłuszczu tym lepiej), stanu błony śluzowej przewodu pokarmowego, perystaltyki jelit oraz czynności przytarczyc. Warto więc zadbać o czynniki polepszające wchłanialność witaminy D z pożywienia. Przyswajanie przebiega lepiej w obecności wielonienasyconych kwasów tłuszczowych oraz witamin A, C i E. Także mikroskładniki odżywcze mogą współdziałać, i tak do prawidłowego działania witaminy D3 niezbędny jest magnez.
Z kolei niekorzystny wpływ mają alkohol, niektóre leki (fenotyina, fenobarbital, ryfampicyna, glikokortykosteroidy (Solu Medrol!!). Pięciodniowa (standard) kuracja sterydowa potrafi ‘zużyć’ całą witaminę D w organizmie. Problem z przyswajaniem D występuje też przy chorobach powodujących zaburzenia wchłaniania tłuszczy (np. celiakia czy nietolerancja glutenu), czy też przy długotrwałej diecie niskotłuszczowej (ale tej i tak nie powinniśmy stosować). Ja np. mam nietolerancję glutenu, podobnie jak wiele innych osób z SM. Dowiemy się tego robiąc testy na nietolerancje pokarmowe.
Witamina D zawarta w żywności znajduje się w formie nieaktywnej, a procesy odpowiedzialne za jej aktywację metaboliczną zachodzą jak już wspomniałam, w wątrobie i nerkach, gdzie jest po wchłonięciu z przewodu pokarmowego transportowana przez krew (ryc.2) i z krwią dostarczana w różne miejsca organizmu.
 
Oprócz diety, drugim naturalnym źródłem witaminy D3 jest jej synteza w skórze pod wpływem słońca, czyli opalanie
 
Na skutek działania promieni słonecznych (promieniowanie UVB, o długość fali 290-315 nm) występujący w naszej skórze 7-dehydrocholesterol (pochodna cholesterolu), jest przekształcany w 25 – dehydrocholesterol 25(OH)D3, będący prekursorem witaminy D (Ryc. 2.)
Synteza skórna teoretycznie może pokrywać nawet do 90% zapotrzebowania organizmu na witaminę D. Ekspozycja ciała (odkryte 50% ciała) na słońce, przez 20 minut (dla osoby o jasnej karnacji, dla ciemnej karnacji dłużej), w miesiącach letnich może dać nawet 10000 j.m. witaminy D. Z reguły jest to jednak góra 1500-4000.
„Wydajność” syntezy skórnej zależna jest od wielu czynników, takich jak czas i intensywności ekspozycji na słońce, zachmurzenie, poziom zanieczyszczenia powietrza, smog, mgły, % odsłoniętej powierzchni ciała, cera, karnacja (osoby o jasnej karnacji dużo szybciej mogą wytworzyć odpowiednią ilość witaminy D3), wiek (zdolność skóry osób starszych do syntezy na ogół nie przekracza 25% zdolności skóry osób młodych), masa ciała, ilość tkanki tłuszczowej (rozpuszczalna w tłuszczach witamina D gromadzi się w tkance tłuszczowej, co sprzyja obniżeniu jej stężenia w surowicy u osób grubszych), zwiększona zawartość w skórze melatoniny, stosowanie kremów z filtrami ochronnymi. Preparat do opalania z filtrem ochronnym (SPF) 7 lub wyższym, może osłabić zdolność komórek skóry do syntezy witaminy D o ponad 95%. Jeśli korzystamy ze słońca przed godziną 10-tą i po 16-tej, stosowanie kremów nie jest konieczne. Mówimy o ekspozycji 15-20 minut. I tyle wystarczy, a dłużej wcale nie znaczy lepiej. W przypadku przedłużającego się przebywania na słońcu następują procesy rozpadu witaminy D3 i powstają nieaktywne związki, takie jak lumisterol, suprasterol i tachysterol, zapobiegające jej nadmiernemu gromadzeniu się w organizmie.
Znaczenie ma też szerokość geograficzna w jakiej żyjemy, a w szerokości geograficznej w której leży Polska, kąt padania promieni słonecznych już wczesną jesienią jest zbyt mały, aby umożliwić wytwarzanie odpowiednich ilości cholekalcyferolu w skórze. Tak więc w naszej strefie geograficznej „słoneczna witamina” może być wytwarzana jedynie od maja do września. I jak wiemy nie każdy dzień się do tego nadaje. Kiedy słońce znajduje się nisko nad horyzontem ozon, chmury i cząsteczki zanieczyszczeń znajdujące się w powietrzu, odbijają promieniowanie UVB. Z tego powodu produkcja witaminy w skórze nie zachodzi na początku i końcu dnia oraz przez kilka miesięcy zimowych w ogóle przez cały dzień, na szerokościach geograficznych powyżej 35 stopnia. Dodatkowo upośledzona jest zawsze, kiedy niebo jest zachmurzone, bądź atmosfera zanieczyszczona.
A my codziennie z tego korzystać możemy jedynie przez tydzień, dwa urlopu.. Poza urlopem większość dnia spędzamy w pracy, czyli w pomieszczeniach. Do pracy jeździmy nie konno, ale samochodem, autobusem. Nie zapominajmy też o tym, jak się czuje na słońcu/gorącu większość z NAS, posiadaczy SM… Wielu chorych unika ‘kąpieli słonecznych’, gdyż źle reaguje na ciepło, a ich objawy pod jego wpływem się nasilają powodując zwiększone zmęczenie, niewyraźne widzenie (zwane zjawiskiem Uhtoffa), utratę równowagi czy spadek pamięci i koncentracji. Dotyczy to szczególnie osób z dłuższym „stażem” w chorobie.
Poza okresem IV- IX, przez pozostałą część roku, synteza witaminy D w skórze praktycznie nie zachodzi. A jej zapas z wakacji który jest zmagazynowany w tkance tłuszczowej, starcza na około 2 miesiące. Z tego zapewne powodu, według danych statystycznych ponad 90% populacji Polski cierpi na mniejsze bądź większe niedobory witaminy D.
Warto też przypomnieć tu, o wspomnianym już przy wchanianiu z pożywienia magnezie. Także synteza skórna witaminy D jest magnezozależna.
Niedobór tej witaminy stwierdza się u każdej grupy wiekowej: dzieci – 70-100%, nastolatki – 95%, (w tym 1/3 ma niedobory ciężkie), osoby dorosłe – 80%, kobiety leczone z powodu osteoporozy i stosujące preparaty wapnia – 50% , kobiety w ciąży – 95% 
 
To jaki jest optymalny poziom D3 w organizmie?
 
Zacznijmy od oficjalnych zaleceń dla „normalnych zdrowych ludzi”
Zgodnie z wytycznymi dla Europy Środkowej [Rusińska i wsp. 2018] przyjęto, że suboptymalne zaopatrzenie organizmu występuje przy stężeniu 25(OH)D w surowicy krwi wynoszącym 20-30 ng/ml (50-75 nmol/l). Natomiast dla zapewnienia plejotropowego efektu witaminy D za wskazane uznano utrzymanie stężenia 30-50 ng/ml (75-125 nmol/l).
Z takimi obowiązującymi normami spotkamy się w każdym laboratorium. I zanim zaczniemy się zastanawiać czy są stare, zaniżone itd., to zainwestujmy to 50 zł., zróbmy badanie i sprawdźmy czy mamy chociaż to 50 ng/ml. Okazuje się bowiem, że mało kto je ma… Wiele osób o tym nie wie bo nigdy nie robiło tego badania. Bo lekarz nie powiedział że trzeba, bo lekarz nie dał skierowania, bo po co?, bo na pewno mam właściwy bo jem ryby i wychodzę na słońce… Jednak jak już ktoś zrobi, to okazuje się, że ma 10, 20. Czyli katastrofa. A w przypadku wielu osób chorych na SM wyniki są jednocyfrowe! Wiem to, bo jest to częsty temat dyskusji w grupie „Łączy nas SM-stwardnienie rozsiane” na FB, czy dyskusji w Bornym Sulinowie gdzie korzystając z okazji wiele osób robi sobie badanie.
W niektórych opracowaniach przeczytamy, że prawidłowy poziom witaminy D we krwi wynosi między 30- 80 ng/ml. Normy funkcjonalne przyjmują wyższy zakres normy: 50- 100 ng/ml). Niektórzy lekarze uważają, że osoby z SM powinny utrzymywać poziom 125 -200 nmol/l (50-80 ng/ml), a ich dzieci w celu zapobiegania poziom co najmniej 100 nmol/l, ale korzystniej bliżej 150 nmol/l (60 ng/ml). A dla wielu innych zalecany dla nas (SM i inne autoimmunologiczne) poziom to 50-100 ng / ml. Ale zacznijmy od tego 50 chociaż.
I bez suplementacji nie da rady…
 
To ile suplementować??
 
To nie jest właściwie zadane pytanie. I odpowiedź dla każdego może być inna. Najpierw tyle żeby uzyskać właściwy poziom, a potem tyle żeby ten poziom w organizmie utrzymać.

Poziom wyjściowy każdego zapewne będzie inny (więc zróbmy to badanie nareszcie), każdy inaczej przyswaja D z pokarmu, każdy ma lub nie problemy z wchłanianiem, spędza czas na słońcu albo nie.

Najpierw musimy więc suplementować więcej aby podnieść poziom, a potem możemy już suplementować tyle ile potrzeba żeby go utrzymać. I tu od razu wyjaśniam; pisząc ‘suplementować’ mam na myśli dostaczanie D do organizmu, co można robić zarówno stosując suplementy jak i witaminę D w formie LEKU. Jest ich wiele, jeśli ktoś woli to nawet na receptę. Ja używam suplementów, ale wybór leków też jest duży. Jedni wolą tabletki, inni wolą krople. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Na każde 100 IU podanej ‘witaminy’ D (w formie leku lub suplementu), poziom 25(OH)D wzrasta o 0,5 do 1 ng/ml. Aby podnieś poziom, musimy utrzymywać nadwyżkę dostarczania witaminy D nad jej zużywaniem. Dlatego też, osobom z potwierdzonym niedoborem witaminy D zaleca się kilka miesięcy (2-3), dawkę co najmniej 10 000 (albo i więcej) dziennie, ABY PODNIEŚĆ POZIOM. Duże dawki są dobrze tolerowane i bezpieczne. Dawka wstępna 50 000 j.m. cholekalcyferolu dziennie przez kilka tygodni przez rozpoczęciem terapii podtrzymującej, też jest bezpieczna.

Ostrożność z takimi dużymi dawkami należy zachować u osób z zaburzeniami czynności nerek, chorobami sercowo-naczyniowymi, przewlekłymi zaburzeniami tworzenia ziarniniaka (sarkoidoza lub gruźlica), z chłoniakiem lub przewlekłymi zakażeniami grzybiczymi.

Badania kontrolnego nie ma co wykonywać wcześniej niż po trzech miesiącach suplemetacji, i jak już wcześniej wspomniałam, do badania wcale nie trzeba tej suplementacji przerywać.”(„kiedy chcemy sprawdzić czy suplementacja jest skuteczna nie powinno się przerywać jej stosowania”). Dopiero gdy osiągniemy poziom do którego dążymy, czyli chociaż to 50 ng/ml (ja wolę mieć koło 100, ale każdy musi to sobie sam przemyśleć i ustalić), możemy przejść na suplementację ten poziom podtrzymującą. Czyli tyle ile potrzebuje i zużywa nasz organizm codziennie. I to też może być różna ilość u różnych osób. Np. palacze mają większe zużycie witaminy D, bowiem organizm wykorzystuje ją w procesach naprawczych. Podobnie osoby o ciemniejszej skórze, wegetarianie i weganie, osoby z nadwagą lub otyłością, osoby z nietolerancją glutenu (to ja!!) muszą się liczyć z koniecznością większej suplementacji. Trwają się też dyskusje, co jest przyczyną, a co skutkiem: czy niedobór witaminy D jest przyczyną (jedną z przyczyn) choroby, czy to jednak choroba prowadzi do obniżenia jej poziomu.. Ale nie podlega dyskusji, że zbyt niski poziom należy koniecznie uzupełnić…
Dla wielu osób dla utrzymania poziomu wystarczy być może to zalecane przez lekarzy 2-4000, a ich internista będzie spać spokojnie. Ale dla większości osób z SM potrzebne jest jednak więcej. Dla mnie na przykład jest to 10000 (słownie dziesięć tysięcy j.m.) dziennie. Mam SM, mam nietolerancję glutenu, unikam słońca bo fatalnie się na nim czuję… Jeżdżąc co roku do Bornego Sulinowa, badam tam sobie poziom witaminy D. I stąd wiem, że w moim przypadku taka właśnie suplementacja pozwala mi na utrzymanie poziomu.

Jak już wcześniej wspomniałam, z witaminą D powinniśmy brać także A, ale warto też zadbać o witaminę K2. W ogóle witamina K to grupa kilku związków o analogicznej aktywności biologicznej. Kiedyś witaminę K kojarzono wyłącznie z krzepnięciem krwi (to K1), dziś wiemy, że witamina K2 odgrywa ważną rolę wzmacniając kości i uczestnicząc w przemianach wapniowo – fosforanowych. Jej rola skupia się na kierowaniu wapnia tam gdzie powinien być, do kości i zębów. Efektem niedoboru K2 może być osadzanie się go w nerkach i żyłach. Bierze udział także w procesach chroniących komórki ośrodkowego układu nerwowego przed stresem oksydacyjnym i skutkami zapalenia miejscowego, czego odbiciem klinicznym jest udział niedoboru witaminy K w rozwoju upośledzenia procesów poznawczych i niektórych chorób układu nerwowego. Jest niezbędna do naprawy mieliny, (łagodzi objawy SM w badaniach u myszy). Witamina K2 ma różne formy – MK4, MK7, MK8 i MK9. Najlepiej przyswajalną jej formą jest MK7. K2MK7 jest pozyskiwana z natto, japońskiego produktu ze sfermentowanej soi. I to waśnie K2MK7 warto dołożyć do suplementacji D. Osoby biorące leki przeciwzakrzepowe przed suplementacją witaminy K2 powinny się skonsultować z lekarzem, gdyż może ona zakłócać ich działanie. A ile tej K2? Z literatury wynika, że suplementacja witaminy D na poziomie 10 000 j.m. (tyle ja biorę), powinno uwzględniać też 100 mcg witaminy K2.
W Organizmie człowieka witamina D (zarówno z pożywienia jak i z syntezy), magazynowana jest głównie w wątrobie. Pewne jej ilości są także gromadzone w tkance mózgowej, kościach i skórze.

Z oczywistych względów, skupiłam się tu na wpływie/zwiazku poziomu D3 na stwardnienie rozsiane, ale jako że przyszło mi to pisać w dobie pandemii covid-19, warto wspomnieć o innej jej zalecie.
Witamina D oddziałuje na białe krwinki, pomagając im w produkcji substancji przeciwdrobnoustrojowych, zwanych katelicydynami. Są to substancje o właściwościach bakteriobójczych, działające podobnie jak antybiotyki. Działają na bakterie Gram-ujemne i Gram-dodatnie, neutralizują toksyny, działają antywirusowo. Z kolei, w przypadku fałszywego alarmu, gdy białe krwinki ruszają do ataku, gotowe niszczyć nawet własne tkanki (a tak jest niestety w chorobach autoimmunologicznych), witamina D uspokaja je, przywracając do normalnego funkcjonowania.

Już w 2009 roku wykazano istotny związek między niedoborem witaminy D, a podatnością na przeziębienia. A kiedy już do niego dojdzie, przy właściwym poziome D, trwa krócej i ma łagodny przebieg. Muszę przyznać, że od kilku lat nie byłam przeziębiona… Jedyne co mnie czasem ‘dopada’ to infekcja dróg moczowych, a to też głównie po pobytach w szpitalu na sterydach. Jest to też obserwacja innych osób chorych na SM suplementujących D.

Niedawno opublikowana na łamach „British Medical Journal” metaanaliza 25 badań z udziałem ponad 11 000 pacjentów wskazuje, że właściwy poziom tej witaminy osiągnięty dzięki suplementacji może chronić przed przeziębieniami i grypą. Fińskie badanie wykazało związek między stężeniami 25 (OH) D w surowicy mniejszymi niż 16 ng / ml (40 nmol / l) a zwiększoną częstością występowania ostrych zakażeń dróg oddechowych.

Analizując wyniki 25 randomizowanych kontrolowanych badań (łącznie 11 321 uczestników w wieku od 0 do 95 lat) stwierdzono, że u 96,6% osób suplementacja D3 zmniejszyła ryzyko ostrego zakażenia dróg oddechowych. Teoretycznie, farmakologiczne dawki witaminy D (2 000 j.m./kg masy ciała przez 3 dni) mogą wytworzyć wystarczającą ilość katelicydyny, żeby wyleczyć powszechne schorzenia dróg oddechowych takie jak grypa czy przeziębienie.

Jak o wirusach mowa, to na uwagę zasługuje fakt, że badania sugerują związek między stwardnieniem rozsianym (MS) a wirusem Epsteina-Barra (EBV), przez co poziomy witaminy D mogą odgrywać istotną rolę w rozwoju SM. Niektórzy lekarze zauważają, że witamina D moduluje odpowiedź immunologiczną organizmu na EBV i hamuje aktywację autoreaktywnych komórek T, które mogą przyczyniać się do patologii stwardnienia rozsianego.
W tej sytuacji nie dziwi fakt potwierdzonego związku między poziomem witaminy D, a zachorowalnością na koronawirusa covid 19. Dane z 20 krajów europejskich pokazują, że średni poziom D był silnie skorelowany z liczbą przypadków koronawirusa, a także ze śmiertelnością w wyniku tej infekcji. Poziomy witaminy D są bardzo niskie w starzejącej się populacji, szczególnie w Hiszpanii, Włoszech i Szwajcarii. Jest to również najbardziej wrażliwa grupa populacji w przypadku COVID-19. W związku z tym lekarze doradzają suplementację witaminy D w celu ochrony przed zakażeniem SARS-CoV2.

W zaleceniach czytamy więc, że „aby zmniejszyć ryzyko zakażenia, zaleca się osobom zagrożonym grypą i/lub COVID-19 rozważenie przyjmowania 10 000 IU dziennie witaminy D3 przez kilka tygodni w celu szybkiego zwiększenia stężenia 25 (OH) D, a następnie 5000 IU dziennie. Celem powinno być podniesienie stężenia 25 (OH) D powyżej 60 ng/ml (150 nmol/l). W leczeniu osób zarażonych COVID-19 przydatne mogą być wyższe dawki witaminy D3.” Warto to rozważyć bo pandemia w rozkwicie, a jesaień przed nami…

Osobna sprawa związana związana z SM i witaminą D3, to stosowanie „protokołu Coimbry”. I mimo, że wiem na czym protokół polega, a może właśnie dlatego, nie będę o tym wiele pisać. To właśnie to, a nie to o czym pisałam do tej pory są wysokie dawki D3. Dr n. Med. Cicero Coimbra jest neurologiem i profesorem na Federalnym Uniwersytecie São Paulo w Brazylii. W oparciu o własne obserwacje, opracował on autorską procedurę leczenia chorób autoimmunologicznych/sm (zwaną protokołem Coimbry). Jest to schemat leczenia witaminą D w ultra wysokich dawkach: od 40 000 IU do 300 000 IU na dobę. Takie leczenie musi odbywać się pod stałą kontrolą lekarza. Wymaga też restrykcyjnej diety bezwapniowej (nie beznabiałowej, to nie to samo), picia odpowiednio dużej ilości wody (a nawet zawartość wapnia w naszej wodzie w kranie może rozwalić plan) i regularnych badań kontrolnych. Krótko mówiąc osoby które stosują ten protokół na własną rękę, są moim zdaniem nieodpowiedzialne… Znam osobiście kilka osób na protokole, pod opieką lekarza, i wiem, że nie ma żartów.

Mam nadzieję, że zawarłam tu najważniejsze informacje dotyczące witaminy D, a to co napisałam skłoni czytających chociaż do zrobienia badania sprawdzającego poziom w organizmie. A jeśli wynik pokaże niedobór skłoni do rozważenia suplementacji. Bo warto.
 
Beata Jankowska
 


źródło:

http://www.fundacjahh.org/witamina-d-artykul/
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości